niedziela, 13 grudnia 2020

Nas przy tym nigdy nie było

Jest taka piosenka Kabaretu Olgi Lipińskiej „Nas przy tym nigdy nie było” (do przesłuchania na YouTubie), którą dedykuję wszystkim dawnym i obecnym symetrystom, zdystansowanym kpiarzom, co to nigdy nie angażują się politycznie, ale zawsze gotowi są udzielić światłej rady. Tym kurwa śmieszkom, którzy jeszcze dwa lata temu z rozbawieniem pytali: no ale jakie zawłaszczanie państwa, jaki autorytaryzm, jakie represje? Widzicie jakieś czołgi na ulicy? Tym Sroczyńskim, Twardochom (tak, tak, pan pisarz oprzytomniał całkiem niedawno), Migalskim, Poncyljuszom, Giertychom, Kowalom, Kamińskim, Dornom, którzy przez lata uwiarygadniali tego żoliborskiego popierdoleńca jako odpowiedzialnego polityka.
Jak sobie przypomnę te felietony i posty na Fejsie wyrażające uznanie za skuteczność (Pol Pot i Stalin też byli skuteczni) i nasuwające skojarzenia z inną czynnością seksualną, całe to współrządzenie z Marcinkiewiczem i Kaczyńskim, poprzebieranych za harekrysznowców Migalskiego, Poncyljusza i Jakubiakową, którzy podczas kampanii prezydenckiej w 2010 roku przed gmachem TVP ocieplali wizerunek swego pryncypała i radośnie zachęcali, by dać PiS-owi jeszcze jedną szansę (Give peace a chance – co za zmyślna gra słów!), to ogarnia mnie czarna rozpacz. Tajemnicą poliszynela jest, że pomysłodawcą pochówku Kaczyńskiego na Wawelu (którego na męża stanu usiłował wykreować Misiek Kamiński) jest Paweł Kowal, który dzisiaj zatroskany o losy ojczyzny szlocha nad podzielonym społeczeństwem. Tak jest, Kowale, Giertychy i inne Miśki Kamińskie – dziś z miną smutnego basseta przyznajecie, że wasz były mentor to obłąkaniec, który doprowadził do tego, że staliśmy się w Unii państwem członkowskim specjalnej troski. Nigdy was przy tym nie było, kiedy ten szajbus umacniał swój pozytywny wizerunek w oczach wyborców, co nie?

piątek, 4 października 2019

Have a nice trip!

Polskę i USA wiele łączy. W zasadzie są tylko dwie różnice:
1. W Stanach powstają interesy, a Polaków interesują powstania
2. Amerykanie dostają prezenty w skarpetach, a Polacy
dostają skarpety w prezencie
W USA upowszechnił się zwyczaj, by przy nazwie miejscowości podawać stan, w którym jest położona. To bardzo praktyczne, bo na przykład wszyscy wiedzą, że Oklahoma City znajduje się w stanie Oklahoma, natomiast niewielu przypuszcza, że Kansas City nie leży w stanie Kansas, tylko w stanie Missouri. Missouri to także gmina w stanie Illinois, gmina w Dakocie Północnej oraz dwie gminy w stanie Arkansas, z których jedna znajduje się w hrabstwie Nevada. Nevada to również stan na zachodzie kraju, niedaleko stanu Waszyngton, z kolei Waszyngton to – jak wiadomo – stolica kraju, tylko po przeciwległej stronie mapy. Planując podróż do Waszyngtonu, upewnijcie się, o który wam chodzi, bo z jednego do drugiego jest 5 tys. km i cztery strefy czasowe.

Stany Missouri i Illinois łączy posiadanie miasta o nazwie Warsaw, których jest w USA 20. Te bardziej znane znajdują się w stanach: Indiana, Kentucky, Ohio, Karolina Północna i Nowy Jork. Warsaw z Indiany leży w hrabstwie Kosciusko. Nikt nie policzył, ile dokładnie miast i wsi jest sygnowanych tym nazwiskiem, ale szacuje się, że miejscowości Kosciusko i Pulaski (od: Kazimierz Pułaski) jest w Stanach ponad setka.

Nowy Jork nazywał się kiedyś Nowy Amsterdam i znajduje się w stanie Nowy Jork (ale nie jest jego stolicą), w którym – w hrabstwie Montgomery – znajduje się Amsterdam. Montgomery to również stolica Alabamy. Jest jeszcze Amsterdam w Ohio, którego stolicą jest Columbus. Columbus jest też w Missisipi. I w Karolinie Północnej. Ponadto w Georgii i Pensylwanii. W Teksasie też jest. I w Montanie. Jeszcze w Nebrasce oraz na Florydzie. A także w Wisconsin.

wtorek, 17 lipca 2018

Let's drink to peace!

Nie mogę dłużej milczeć... Mam dość narzekań na obecną władzę rzekomo ograniczającą wolność Polaków.
Uporządkujmy fakty:
  • PiS to jedyny klub parlamentarny, który oddelegował do Prezydium Sejmu dwóch byłych hipisów
  • prezydent otwarcie postuluje anarchistyczne hasło „Jebać system” (prawny)
  • panuje pełna swoboda wypowiedzi (na przykład w „Wiadomościach” można wygłosić dowolną brednię)
  • to pierwszy polski rząd, który refunduje skutki seksu bez zabezpieczenia

FLOWER POWER, FREEDOM & PiS!

poniedziałek, 9 października 2017

Wszystkie marzenia się spełniają!

Zmagający się z bezsennością Polacy korzystają z nagranych odgłosów
natury: leśnego strumyka, śpiewu ptaków i oceanicznych fal.
Niebawem będą zasypiać, słuchając przemówień Grzegorza Schetyny
Dostojewski uważał, że marzenia zawsze się spełniają, ale zwykle w zmienionej postaci i niekoniecznie się je rozpoznaje.

Na przykład Grzegorz Schetyna zapragnął po wyjeździe Tuska do Brukseli, by wszyscy w partii się go słuchali. I tak się stało. Wkrótce będzie go słuchał cały naród, bo na Gwiazdkę ma się ukazać audiobook z jego przemówieniami z partyjnych konwencji. To będzie hit serii wydawniczej „Odpoczynek z odgłosami natury”. Dotychczas ukazały się: „Kojący śpiew ptaków”, „Szmer leśnego strumyka” i „Nurkowanie z delfinami”. 23 proc. Polaków cierpiących na bezsenność nie może się doczekać premiery „Relaksu z Grzegorzem”.

Kiedy Ryszard Petru wprowadził Nowoczesną do parlamentu, marzył o jednym: żeby była liczącą się partią opozycyjną. I to pragnienie również się spełniło. Liczenie to główne zajęcie wszystkich członków tego ugrupowania: najpierw nieprawidłowo policzyli kampanijne pieniądze, potem Ryszard liczył na to, że jest nierozpoznawalny oraz że ludzie nie potrafią obsługiwać aparatu fotograficznego w smartfonie, a obecnie wszyscy liczą, ile brakuje im do przekroczenia progu wyborczego.

Beata Szydło także zrealizowała swoją fantazję: chciała zostać niezależnym premierem i w końcu została. Ta niezależność polega na tym, że kompletnie nic od niej nie zależy.

środa, 13 września 2017

Polska mistrzem Polski

Polska Chrystusem narodów! Polska przedmurzem
chrześcijaństwa! Polska mistrzem Polski!
Polska. To tutaj, w Suchowoli koło Białegostoku, jest środek Europy. Nie gdzie indziej, tylko w Bóbrce niedaleko Krosna powstała pierwsza na świecie kopalnia, w której wydobywano ropę naftową. Ojczyzna sześciorga noblistów, która po 123 latach niebytu odzyskała niepodległość, a po 44 latach wyzwoliła się z okowów komunizmu. Kraj wierzb płaczących, Cudu nad Wisłą, cudu gospodarczego po 1989 roku, cudu niewpadnięcia w recesję po 2008 roku, a obecnie cudownego prezydenta, cudownego rządu i cudownej opozycji.

Daliśmy światu Kopernika, Chopina, Wojtyłę, Kościuszkę, Wałęsę, Pułaskiego, Grotowskiego, Kantora, Wajdę, Zamenhofa, Kieślowskiego, Polańskiego, Bońka i Lewandowskiego. Usiłowaliśmy obdarować ludzkość Orzeszkową, Górniakową, Rasiakiem, Gołotą oraz twórczością discopolową, ale tak trochę bez wiary w sukces. Tu urodzili się: Fahrenheit, Skłodowska-Curie, Jan Heweliusz i Modrzejewska.

Polska to magiczne miejsce, w którym druga osoba w państwie podczas obrad parlamentu zachęca do modlitwy o deszcz.

Kraj setek pastelowych osiedli, tysięcy dworków à la Gargamel i trzech miliardów przydrożnych reklam. Ojczyzna wyprzedzających się tirów, kierowców wsiadających za kierownicę z podwójną śmiertelną dawką alkoholu we krwi i policjantów wyskakujących zza krzaków.

Niegdyś liczyliśmy się w futbolowym świecie. Po 20 latach zakwalifikowaliśmy się do Ligi Mistrzów i w sześciu meczach straciliśmy 24 bramki. Jesteśmy za to mistrzami świata w plażowym parawaningu i notujemy najwyższy na świecie odsetek posiadaczy skarpetek i sandałów, którzy zgrabnie łączą te dwa elementy garderoby i obuwia.

Polska to jedyne miejsce w Europie, gdzie liczba telewizorów dwuipółkrotnie przekracza liczbę przeczytanych w ciągu roku książek (i zwykle jest to instrukcja obsługi tego telewizora, ewentualnie bogato ilustrowany poradnik kulinarny).

Tylko w Polsce mogły powstać takie gastronomiczne wynalazki jak kiełbasa krakowska i żurek. Tylko tutaj można było wymyślić wódkę wyborową i żubrówkę, których spożycie wzrasta z początkiem nieopisanej złotej polskiej jesieni.

To w Polsce wynaleziono import niemieckiej chemii gospodarczej, która mimo kosztów transportu i sprzedaży jest tańsza niż w Niemczech. Aż dziw bierze, że pomysłodawca tego rynkowego mechanizmu nie otrzymał Nagrody Nobla w dziedzinie ekonomii.

Polska to kraj semantycznych wygibasów i leksykalnych eksperymentów, w którym na burdel mówi się agencja towarzyska, pobieżne i trwające pięć minut oględziny samochodu określa się mianem przeglądu technicznego, a zbiór kilkunastu piłkarskich klubów, które w Europie nic nie znaczą, oficjalnie i zupełnie serio nazywa się szumnie ekstraklasą.

Jesteśmy społeczeństwem chętnie korzystającym z dobrodziejstw kultury wysokiej oraz najbardziej wyedukowanym narodem Europy, na co wskazują nazwy tysięcy świetnie prosperujących uczelni i galerii: Akademia Fitness, Instytut Makijażu i Balejażu, Galeria Dominikańska, Instytut Estetyki Zęba, Galeria Młyńska, Studium Zdrowia i Urody, Galeria Mokotów.

Jesteśmy krajem zwycięzców! Regularnie triumfujemy na żużlu, ale odnosiliśmy również sukcesy na ubitej ziemi (w 1410, 1683, 1920). Świetnie zaprezentowaliśmy się w powietrzu (w 1940) i zwyciężyliśmy na lodzie (w 1976). Przegraliśmy tylko na wodzie (w 1974).

sobota, 20 maja 2017

Pierwsze śliwki robaczywki, pierwsze koty za płoty

Chrystus Król w roli kibica Falubazu
Kibice żużlowi są obdarzeni niezwykłą wyrozumiałością. I przepełnieni niespotykaną wdzięcznością.

W 2003 roku, po dziesięciu latach tułaczki w niższej klasie rozgrywkowej, rybniccy żużlowcy awansowali do ekstraligi. 12-krotni mistrzowie Polski oraz kibice bardzo się z tego powodu ucieszyli, ale po powrocie do czołowej ósemki w kraju myślano raczej o bezpiecznym utrzymaniu się w gronie najlepszych drużyn i słusznie poskramiano pojawiający się tu i ówdzie apetyt na coś więcej.

Pierwszą przegraną (30:59 z Wrocławiem) w regionalnej prasie skwitowano mniej więcej tak: „Zapłaciliśmy frycowe, ale jesteśmy dobrej myśli”. Druga porażka (42:48 z Zieloną Górą) przywołała jedno z tych powiedzeń: „Pierwsze koty za płoty”, ale bierzemy się do pracy. Dobra forma i skuteczność na pewno się pojawią. Kiedy rybniczanie przepieprzyli trzeci mecz z rzędu (38:52 z Unią Tarnów), po „pierwszych kotach” pojawiły się „pierwsze śliwki robaczywki”, ale teraz to już na serio bierzemy się w garść. Po czwartej wtopie (27:63 z Częstochową) mieszkańcy Rybnika i okolic zastanawiali się, kto jest winien, bo przecież ktoś za to wszystko odpowiada. Trener? Zarząd? Rada miasta? Święty Antoni, patron miejscowej bazyliki? Gorole? Po piątym niepowodzeniu (38:52 z Unią Leszno) wszyscy dodawali sobie otuchy tym słynnym bon motem: „Co nas nie zabije, to nas wzmocni”. Kiedy zebrali łomot po raz szósty (31:59 z Bydgoszczą), można było usłyszeć wersję zmodyfikowaną: „Co nas nie zabije, to nas sponiewiera”. Po siódmej klęsce (20:70 z Toruniem) skończyły się te zgrabne powiedzonka mające usprawiedliwić niemoc zawodników, silników oraz wątłość myśli szkoleniowej, a legendarny czwarty sektor już nie miał wątpliwości: to wina pozostałych sektorów, w których pikniki, zamiast skupić się na dopingu, dłubały tony słonecznika, robiły meksykańską falę i starannie wypełniały program zawodów. Wygrana przyszła za ósmym podejściem (47:43 w rundzie rewanżowej z Toruniem). Radość była nieopisana.

Fani speedwaya potrafią okazać wdzięczność. W 2011 roku kibice z Zielonej Góry uznali za stosowne złożyć wotum dziękczynne za pomyślny sezon, w którym zdobyli tytuł mistrzowski. Dar wotywny był dość osobliwy: na figurze Chrystusa Króla w Świebodzinie kibice Falubazu zawiesili ogromny szalik w barwach zielonogórskiego klubu.

wtorek, 31 stycznia 2017

Zarembista laudacja na cześć Człowieka Wolności

Ojciec polskiej wolności, bezwarunkowy autorytet o charyzmie utkanej z potęgi myśli,
który włączył nas w grę o zmianę świata. Wokół jego oddani podopieczni
Nie mogę dłużej milczeć. Nie chcę i nie potrafię udawać, że nic się nie stało. Otóż stało się. Nie zamierzam was oszukiwać i dowodzić, że zdarzyło się to przypadkowo. To nieprawda. Parę dni temu wszystko starannie zaplanowałem i zrealizowałem. To dla mnie trudne, ponieważ nie mam nic na swoje usprawiedliwienie. Nie wiem, co sobie o mnie pomyślicie, no ale trudno... Tak, to prawda: obejrzałem telewizyjną galę Człowiek Wolności 2016. Poznałem gwiazdę wieczoru i wiedziony przeczuciem, że będzie bardzo śmiesznie, zasiadłem przed telewizorem. Do niedawna byłem przekonany, że całe to pisowskie panoptikum niczym mnie już nie zaskoczy. Myliłem się. Nawet obdarowanie Kaczyńskiego tytułem Człowieka Roku Forum Ekonomicznego w Krynicy (mimo że dawno otwarcie przyznał się do ekonomicznego analfabetyzmu) to było małe miki.

No dobra, oszczędzę wam szczegółów, choć bohaterowie tego cyrku nie oszczędzili widzom niczego: nachalnego fagasostwa, lokajstwa i minoderii do porzygania. Laudacjom, mowom beatyfikacyjnym, oklaskom i hołdom nie było końca, dzięki czemu łasy na pochlebstwa laureat po raz kolejny mógł wzmocnić w sobie fantazję o byciu demiurgiem, wodzem, naczelnikiem, mężem stanu czy kim tam jeszcze. Przez chwilę myślałem, że oralne popisy Pani Broszki nabiorą seksualnego charakteru i trzeba będzie przerwać transmisję z Filharmonii Narodowej.

Człowiek Wolności... Impresario zawiadujący użytecznymi i nieasertywnymi dyletantami, którzy – rozpieprzając system prawny i pacyfikując sądownictwo – rozrabiają jak pijane zające, zostaje Człowiekiem Wolności.

Oto garść impresji pochodzących z laudacji wygłoszonej przez Piotra Zarembę. Uwaga, zapnijcie pasy!

Kaczyński to „jedyny polski lider, który ma pogląd na wszystko”. Nasz laureat „włączył nas w grę o zmianę świata”. „Jarosław Kaczyński to bezwarunkowy autorytet, gwarant tego, że sprawy idą w dobrym kierunku. Dał nadzieję na świat i bardziej skomplikowany, i lepszy”. O swoim zetknięciu się z Kaczyńskim na początku lat 90. Zaremba mówi: „W moim przypadku był to potężny kop w głowę: strumień myśli, informacji, diagnoz, pytań, analiz”. Kaczyńskiego cechuje „charyzma utkana z potęgi myśli”.

Trudno powiedzieć, czy ów „potężny kop w głowę” to rezultat metaforycznych wysiłków Zaremby, czy też doszło do kontuzji w sensie dosłownym. Tak czy inaczej autorowi należy się pomoc. Może jakieś słowa otuchy? Dobra rada? Psychiatryczne wsparcie? Panie Piotrze, niech ta piosenka kabaretu Potem zainspiruje pana i pozwoli złapać kontakt z rozumem:

Wal głową w ścianę!
To pomoże każdemu.
Wybierz miękki kawałek
I uderz z rozbiegu!

Wal głową w ścianę!
To pomaga zapomnieć.
Uderz tylko dokładnie
I się poczuj swobodnie...

Zamiast głupio się złościć
Nabierz dużej prędkości.
Takie małe jebudu
Cię ukoi bez trudu.

Masz problem z rozbiegiem...?
To poproś kolegę.

niedziela, 22 stycznia 2017

Wpływ postmodernizmu na rozkwit postprawdy i postrocka

„Pegaz” – magazyn telewizyjny poświęcony kulturze, w którym dyskutuje
się o postmodernizmie, postimpresjonizmie, postprawdzie i postrocku
Z przedrostkiem „post-” zetknąłem się po raz pierwszy w szkole podstawowej. Pani od plastyki objaśniała nam najważniejsze nurty w malarstwie, wśród których jest impresjonizm i postimpresjonizm, kubizm i postkubizm. Pani od polskiego potwierdziła moje przypuszczenia: „post-” to mniej więcej tyle, co „po” lub „późniejszy”. Napomknęła coś o postmodernizmie, ale zaznaczyła, że woli formę: ponowoczesność.

Kiedy poznawałem owe terminy, były to czasy pookrągłostołowe, na lekcji wiedzy o społeczeństwie dyskutowaliśmy o postkomunistach i powoli nabierałem pewności, że ta cząstka słowotwórcza odegra w polszczyźnie istotną rolę. Po latach okazało się, że posłużyła do opisu praktycznie całej rzeczywistości, choć trzeba uczciwie przyznać, że ma ostrą konkurencję w postaci czasownika „ogarniać” (to coś na kształt angielskiego operatora), przymiotników „zacny” i „epicki” oraz imiesłowu przymiotnikowego biernego „wyjebany”, który w zależności od kontekstu oznacza: podziw, znużenie bądź dezaprobatę.

Po uzyskaniu przeze mnie czynnego prawa wyborczego okazało się, że od roku rządzą postkomuniści. Na reakcję było za późno – można powiedzieć, że było post factum. Kolejne wybory wygrał postsolidarnościowy plankton, który w oczach wyborców zyskał uznanie dzięki postponowaniu postkomuchów. Wciąż nie włączałem się w życie publiczne, ponieważ interesowały mnie wtedy głównie postpunkowe kapele i postmodernistyczne powieści. Moją postawę można było określić jako postobywatelskość. Jako wyborca uaktywniłem się po dziesięciu latach, przyczyniając się do powstania nowego słowa z moim ulubionym przedrostkiem, czyli do postkaczyzmu. Minęła kolejna dekada i Polacy zaznajamiają się z nowym prefiksem: „neo”. Obecnie przerabiamy lekcję pt. „O wyższości neokaczyzmu nad postkaczyzmem”.

Od kilkunastu lat żyjemy w świecie zmierzającym do postnarodowości, choć trudno ukryć, że ostatnio wybory wygrywają politycy wieszczący nieuchronność postliberalizmu. Obecnie wymianę myśli zastąpiła wymiana postów, a całą międzyludzką komunikacją zawładnęła postprawda. Ten termin – opisujący świat, w którym fakty kształtujące opinię publiczną nie mają znaczenia, ponieważ liczą się tylko emocje i osobiste przekonania – w zgodnej opinii redaktorów „Słownika oksfordzkiego” został uznany za słowo 2016 roku.

Zdaje się, że nie ma już żadnej sfery życia wolnej od tego morfemu słowotwórczego. W ostatnim „Pegazie” prowadzący zapowiedział występ zespołu muzycznego, zapraszając do wsłuchania się w hipnotyczne brzmienie oscylujące między melancholijnym postrockiem i monumentalnym postmetalem.

środa, 19 października 2016

Konkurs na symbol polskiego patriotyzmu rozstrzygnięty!

Kije bejsbolowe z symbolem Polski Walczącej,
narzędzia polskiej polityki historycznej
Poznaliśmy laureatów konkursu na symbol patriotycznego wzmożenia w Polsce. W kategorii DESIGN UŻYTKOWY zwyciężył producent gustownych i praktycznych kijów bejsbolowych z symbolem Polski Walczącej. Do użytku codziennego (pomeczowe ustawki, wymuszenia haraczu, gry i zabawy na świeżym powietrzu) i od święta: 1 marca, 10 kwietnia, 1 sierpnia i 11 listopada.

W kategorii SZTUKA FILMOWA bezkonkurencyjny okazał się film Jerzego Zalewskiego „Historia Roja”, w którym reżyser nawiązał bezpośrednio do twórczości ekipy Latającego Cyrku Monty Pythona, Bustera Keatona i autorów rumuńskich westernów. Scena na cmentarzu z pojawiającymi się znienacka i znikającymi wyklętymi oraz ubekami jest kopią skeczu Pythonów o inkwizytorach i niewątpliwie przejdzie do historii polskiej rozrywki.

W kategorii KRÓTKIE FORMY LITERACKIE sukces odniósł autor hasła „Litewski chamie, klęknij przed polskim panem”, które zaprezentowali patriotycznie usposobieni kibice Lecha Poznań podczas meczu z Żalgirisem Wilno, który wyeliminował poznaniaków z Ligi Europejskiej.

Honorowy patronat nad konkursem objął Prezes Rady Ministrów. Patronat medialny: „Do Rzeczy”, „Od Rzeczy”, W Rzeczy Samej”, „Rzeczpospolita”, „Uważam Rze”, „Ówarzam Irz”, „Uwarzam Gdyrz”, „wSieci”, „wCieczy”, „wMatni” i „wSzatni”.

środa, 22 czerwca 2016

Jak odnieść sukces w wyborach

Steven Bradbury do perfekcji opanował taktykę omijania kraks,
dzięki czemu został pierwszym w historii Australii
złotym medalistą zimowych igrzysk olimpijskich
Przeczytałem ostatnio, że 62 proc. Amerykanów jest złego zdania o Hillary Clinton, a elektorat negatywny Donalda Trumpa sięgnął 70 proc.

Oboje już dawno zrezygnowali ze zjednywania wyborców za pomocą argumentów i nie zabiegają o sympatię elektoratu. W walce o Biały Dom chodzi już tylko o to, by w kampanii wyborczej skompromitować się w możliwie najmniejszym stopniu i wyczekać na spektakularne potknięcie przeciwnika.

Ta strategia sprawdziła się w short-tracku, zimowej dyscyplinie olimpijskiej, a doskonałym przykładem na to, że do sukcesu zamiast talentu i pracowitości wystarczy cierpliwość, jest Steven Bradbury, który został pierwszym w historii Australii złotym medalistą zimowych igrzysk olimpijskich.

Podczas igrzysk w Salt Lake City w ćwierćfinale na 1000 metrów, z którego do następnej rundy kwalifikowało się dwóch zawodników, zajął trzecie miejsce, ale ostatecznie awansował po dyskwalifikacji Kanadyjczyka. W półfinale obrał specyficzną taktykę trzymania się z tyłu stawki; awansował dalej, bo jego rywale upadli w kraksie. Historia powtórzyła się w olimpijskim finale: aby zdobyć złoty medal, musiało się wypieprzyć aż czterech jadących przed nim łyżwiarzy. Tak też się stało: Bradbury, jadący przez większość biegu na końcu, ominął leżących rywali i sięgnął po mistrzowski tytuł (srebro w tym biegu wywalczył faworyt, Amerykanin, który pierwszy podniósł się z lodu).

Bradbury nie przeszedłby eliminacji na 500 metrów, ale znowu dwóch się potknęło, a on z niedowierzaniem rozłożył ręce. Do półfinału już nie wszedł, bo za mało się wywróciło – tylko dwóch. Steven potrzebował, żeby trzech.

Tak mniej więcej wygląda wyścig po władzę w krajach demokracji liberalnej. Mimo umiarkowanego talentu społecznikowskiego, braku determinacji, a nawet ubóstwa intelektualnego możemy śmiało startować w dowolnych wyborach, bo szansa na to, że będziemy rywalizować z kretynami i te wybory wygramy, jest całkiem spora. Wystarczy zachować cierpliwość i poczekać, aż nasi konkurenci sami się skompromitują.

piątek, 17 czerwca 2016

Wszystko to jak krew w piach

Sylwuś Miauczyński uczył się angielskiego pięć lat w szkole i na kursach.
Andrzej uczył się prawa pięć lat na studiach, a potem zrobił doktorat.
W obu przypadkach wszystko to jak krew w piach...
Poniższy dialog jest fikcją, a wszelka zbieżność sytuacji, podobieństwo do osób publicznych i zdarzeń są niezamierzone i przypadkowe.

Andrzej, prawnik z Krakowa, podczas pobytu w kurorcie narciarskim spotkał dawnego wykładowcę z Uniwersytetu Jagiellońskiego. Po kolacji udali się do swoich pokoi, jednak po drodze utknęli w windzie, która zablokowała się między piętrami.

Andrzeju, może powtórzymy prawo konstytucyjne? – nieoczekiwanie zaproponował profesor.
Daj spokój, profesorku... – odpowiedział niegrzecznie Andrzej.
Może jednak?
Weź się...
Bo nic nie pamiętasz.
Taaa, nie pamiętam...
No to powiedz, na straży czego stoi Prezydent RP.
Na straży, normalnie.
Konkretnie! Na straży prawa i kon...
...fitur?
Konstytucji! Dżizus, kurwa, ja pierdolę! Jaką ustawą jest konstytucja? Zasa...
...dową?
Zasadniczą! Wszystkie akty normatywne muszą być z nią zgodne. Kto sprawdza zgodność ustaw z konstytucją? Try...
...nkiewicz?
Trybunał Konstytucyjny!!! Orzeczenia Trybunału Konstytucyjnego są ostateczne i po...
...kolorowane?
Powszechnie obowiązujące!!!
No wiem... Sam powiem...
Ale nie mówisz!
Bo Ja... Bo Ja...
Co ty?! Co ty?!?!
Bo Jarek mnie ciągle stresuje...
Jarek cię, kurwa, stresuje?!!! Uczyłeś się tego pięć lat na studiach, masz doktorat z prawa i wszystko to jak krew w piach!
Taaa... Krew od razu...
Wiesz o tym, że prezydent za naruszenie konstytucji w związku z zajmowanym stanowiskiem odpowiada przed Trybunałem Stanu? O tym też nie słyszałeś?
...

wtorek, 14 czerwca 2016

Na dobrym rymie wszystko się trzymie

Marek Majewski dowiódł, że atrakcyjny dla poetów
„księżyc” jest jak najbardziej rymowalny
Gdzieś tak w połowie podstawówki, tuż przed zakończeniem roku szkolnego, pani od muzyki wprowadziła nas w wakacyjny nastrój. Uczyliśmy się piosenki, która zaczynała się od słów:

Prowadź nas, zielona drogo
A ty, wietrze, wiej nam, wiej!
Wyśpiewamy naszą młodość
Na wesołej strunie twej!


Rym drogo/młodość wydaje się mocno naciągany, poza tym ta metafora zupełnie do mnie nie trafiła. Uważam, że młodości nie da się wyśpiewać. Młodość powinna się wyszumieć. Wyjątkiem są harcerze, którzy wyśpiewują młodość z gitarą przy ognisku. No i Poznańskie Słowiki, które łączą obydwa żywioły: wyśpiewują swoją młodość i potrafią się przy tym wyszumieć.

Zabawę w rymowanie zaczęli już starożytni Rzymianie i Grecy. Trwa ona do dziś, a wirtuozi discopolowi i hiphopowcy z rymowanek uczynili źródło utrzymania. Rym discopolowy, który do dzisiaj mnie prześladuje, to dzieło Shazzy:

Bierz, co chcesz, wszystko weź
Co tylko mam
Bierz, co chcesz, nawet deszcz
I z włosów wiatr


Pani Shazza postawiła przed podmiotem lirycznym skomplikowane zadanie, a cała jej twórczość spotkała się z chłodnym przyjęciem przez Krzysztofa Skibę, który odpowiedział jej rymem:

Shazza! Shazza! Shazza! Shazza!
Ktoś mi ciebie kochać kazał
Shazza! Shazza! Shazza! Shazza!
Doprowadzasz mnie do cmentarza


Nie ma co wnikać w poziom artystyczny twórców disco polo, bo nie od dziś wiadomo, że są umysłowo upośledzeni. Niedawno zasłyszałem coś takiego:

Kocham twoich perfum woń
To, że nigdy mi nie powiesz won


Uważam, że ten rym to mocny argument za sezonowym odstrzałem twórców discopolowych. Do programu trzebieży kretynów, którzy powinni mieć sądowy zakaz rymowania, należałoby włączyć hiphopowców, którzy nawet nie potrafią policzyć sylab w poszczególnych wersach. Darzbór!

Naturalnie zdaję sobie sprawę, że nawet uznanym zespołom przydarzały się rymowanki, w których próżno doszukiwać się głębi. Przykład? „Love me do” The Beatles, wydany na singlu w 1962 roku:

Love, love me do
You know I love you
I'll always be true
So please
Love me do
Whoa, love me do

Someone to love
Somebody new
Someone to love
Someone like you


Prawda, że niewyszukane rymowanie? Można powiedzieć: rymowanie w kaftanie. O tym, że na dobrym rymie wszystko się trzymie, przekonujemy się, słuchając refrenu piosenki z serialu „Klan”:

Życie, życie jest nowelą
Której nigdy nie masz dosyć
Wczoraj biały, biały welon
Jutro białe, białe włosy


Jacek Cygan to świetny tekściarz, ale zdaje się, że zaliczył tutaj małą wpadkę, ponieważ nowela to krótki utwór literacki, a życie, zwłaszcza w ujęciu serialowym, to opowieść ciągnąca się przez tysiące odcinków, zatem stosowniejszy wydaje się taki refren:

Życie, życie jest jak serial
Który nigdy cię nie znuży
Chyba że jest bez pomysłu
I ma budżet bardzo duży


Zabawę słowami, które uchodziły w języku polskim za nierymowalne, rozpoczęli skamandryci, a wiele lat później kontynuował ją Zdzisław Gozdawa, który w kabarecie działającym przy Związku Polskich Autorów i Kompozytorów dawał swoim podopiecznym coraz trudniejsze zadania. Na przykład Marek Majewski (kompozytor, poeta i satyryk) musiał poradzić sobie z wyrazem „tapczan”. Ułożył taką fraszkę:

Raz miłośnik miasta Rabki
Kupił sobie nowy tapczan
I zapładniać jął tam babki
By napłodzić więcej rabczan


Po latach takich ćwiczeń przyszła pora na zrymowanie podobno nierymowalnego – tak przecież atrakcyjnego dla poetów – księżyca. Nazajutrz Majewski przyniósł Gozdawie piosenkę:

Żeglarze od Gdańska do Rzymu
Nim księżyc zajść w morze ma chęć
Wzdychają, że znaleźć nie można doń rymu
Się nie da opiewać go więc

A mnie mówił pierwszy oficer
Co znany na baby był pies
Że prócz morskich węży są jeszcze wężyce
Inaczej gatunek by sczezł

Refren:
Bo kiedy księżyc wyrusza na szlak
Dla morskich wężyc widoczny to znak
Że prężyć czas biodra i biust
By z morskich pian wyjść na plus

Ubocznym jest skutkiem tej sceny
A zwłaszcza gdy słychać ich śpiew
Że może niejeden je wziąć za syreny
Choć ciała budowie to wbrew

A pierwszy oficer uważa
(I życie potwierdza ten fakt)
Że gdy śpiew syreny dosięgnie żeglarza
To może z faceta być wrak

Najbardziej obrotne wężyce
Gdy kasy doleci je brzęk
Wychodzą z odmętów na nasze ulice
I biorą żeglarzy na wdzięk

A pierwszy oficer nadmienił
Co być zawsze wolał niż mieć
Że jeśli już musisz mieć węża w kieszeni
To zwracaj uwagę na płeć


Krzysztof Szubzda (satyryk, prawnik, dziennikarz, konferansjer) wielokrotnie udowodnił, że jest w stanie napisać wiersz na dowolny temat. Ostatnio na Facebooku publikuje cykl wierszy o instrumentach muzycznych. Oto wiersz-memento, wiersz-przestroga dla tych, którzy nieopatrznie chwycili lub chwycą za gitarę:

Gdy raz gitarę weźmiesz w dłonie
To już po kilku dźwiękach, ruchach
Wchodzisz na drogę, której koniec
Może być... Zresztą sam posłuchaj...

Wszystko zaczyna się przepięknie
G-durek, a-moll, rąsia biega
Lecz w duszy już się wolno lęgnie
Ta myśl: „O kurde, jestem mega”

Myśl będzie pączkowała z czasem
I samozachwyt lśnić na twarzy
Potem wymienisz sobie pasek
Odwiedzisz studio tatuaży

I wchodzisz w fazę: „Cześć, dupeczki!
To jest mój Gibson EC 10
Chcecie posłuchać solóweczki?
No dobra, widzę, że nie chcecie”

Ludzie cię będą omijali
Aż pojmiesz wreszcie, że piosenka
Którą chcesz zagrać, wszystkich wali
Wszyscy i tak chcą słuchać Zenka

Więc uznasz, że to nie twój poziom:
(Lokali, ludzi i muzyki)
I zahodujesz bródkę (kozią!)
Lub pójdziesz w miękkie narkotyki

Towarzyk z rana, piszesz słowa
Potem muzyczka, jakieś alko
Z czasem tak sobie się spodobasz
Że zechcesz nago wyjść na balkon

No bo właściwie tak zza firan
Wyglądasz trochę jak Ed Sheeran
A jakby patrzeć na styl bycia
To albo Hendrix lub Keith Richards

Z czasem przed lustrem zaczniesz stawać
I oklaskiwać się co rano
I autografy zaczniesz dawać
Z kartonu wycinanym fanom

Aż zagrasz koncert sam dla siebie
(Nadejdzie kiedyś taki ranek)
I krzykniesz w szoku: „O, ja jebie!
W tyle zostawiam już Santanę”

Pełen respektu i uznania
Padniesz przed sobą na kolana

Pamiętaj jednak, że w tym pędzie
Człowiek czasami się zatraca
I zapomina, że są wszędzie
Linie, zza których się nie wraca

Takie światełko przygraniczne
Niech się zapali nad twą głową
Gdy zechcesz życie erotyczne
Z gitarą wieść lub tylko z sobą

poniedziałek, 13 czerwca 2016

Balladyna i Alina to popelina, a Brooke to suka

Eufrozyna uważa, że Brooke Logan (Katherine Kelly Lang) to suka
Dawno, dawno temu... Kiedy Sojusz Lewicy Demokratycznej miał ponad 40-procentowe poparcie, a polskie kluby piłkarskie kwalifikowały się do Ligi Mistrzów (naprawdę tak było!), poznałem pewną dziewczynę. Nie chciałbym się wypierać tej znajomości, bo to niegrzeczne, ale to była bardziej koleżanka mojej ówczesnej dziewczyny niż moja i miała na imię... Na użytek tego tekstu nazwijmy ją Eufrozyna. Eufrozyna była studentką bibliotekoznawstwa. Dość nietypową, ponieważ przejawiała nieskrywaną niechęć do wszelkiego druku zwartego. Książki omijała zgrabnym łukiem, nie była na bieżąco z nowościami wydawniczymi, a i klasykę literatury polskiej oraz światowej miała w głębokim poważaniu. Dzieła Mickiewicza i Słowackiego otwarcie nazywała popeliną.

Eufrozyna była miłośniczką wszelkich seriali telewizyjnych, a serialu „Moda na sukces” w szczególności. Myślę, że obroniłaby doktorat z „Mody na sukces”, gdyby któraś uczelnia zdecydowała się na utworzenie katedry Najdebilniejszych Seriali Świata. Oczywiście zdaję sobie sprawę, że zarzut oglądania przez kobiety seriali jest z gatunku tych nieprzemyślanych, można powiedzieć – samobójczych, i natychmiast spotyka się z kontrą, że facetów pochłaniają transmisje sportowe i programy motoryzacyjne, ale spieszę z informacją, że naszą Eufrozynę „Moda na sukces” absorbowała do tego stopnia, że na pytanie „Co słychać?” zwykła odpowiadać: „Daj spokój... Brooke to suka...”. Nigdy nie zdobyła się na refleksję typu: „Balladyna to kryminalistka” czy „Kreon to kanalia”.

piątek, 10 czerwca 2016

Nigdy nie wiadomo, dokąd cię zaprowadzi ciekawość...

Prawdopodobieństwo, że płetwonurek rozpoczynający dzień od
nurkowania zginie w płomieniach, nie doczekawszy obiadu, jest
niewielkie, jednak życie bywa pełne niespodzianek i zwrotów akcji
I
Po wielkim pożarze lasu w Stanach Zjednoczonych strażacy i leśnicy przeprowadzali rekonesans w celu oszacowania strat i uprzątnięcia padłej zwierzyny, która przegrała z żywiołem. Natknęli się na nadpalone zwłoki mężczyzny w skafandrze płetwonurka z maską, fajką, płetwami i butlą. Policja wszczęła śledztwo i ustaliła, że nieszczęśnik podczas nurkowania w pobliskiej zatoce został z niej przypadkowo wyłowiony przez śmigłowiec gaśniczy i zrzucony z kilkudziesięciu metrów na płonący las. Bohater tej historii, opisanej w książce „Nagrody Darwina”, w ostatnich chwilach życia zaspokajał swoją ciekawość, oddając się swojej pasji. Gdyby nie tragiczny finał, można by zażartować, że był zapalonym płetwonurkiem.

***
II
Pod koniec lat 80. dozorczyni kamienicy, w której mieszkałem, znalazła saszetkę wypełnioną dokumentami znanego miejscowego biznesmena oraz hajsem – nie pamiętam kwoty, ale była to równowartość nowej skody favorit. Po krótkich wahaniach zdecydowała, że zwróci własność przedstawicielowi prywatnej inicjatywy. Pamiętam, że rozpierała ją ciekawość, czy w ramach rewanżu otrzyma 10 proc. znaleźnego, czy może jej uczciwość zostanie wynagrodzona w dwójnasób. Wróciła z dwoma... paczkami ciastek, które pan biznesmen był łaskaw jej podarować w jednym ze swoich sklepów, w którym doszło do dostarczenia zguby.

***
III
Luis Enrique Martínez, bramkarz reprezentacji Kolumbii, znudzony bezbarwnym meczem z reprezentacją Polski, który odbywał się 30 maja 2006 roku w Chorzowie, postanowił nie rozgrywać piłki przez swoich obrońców. Był ciekaw, co się stanie, jeśli tym razem kopnie futbolówkę tak wysoko, jak tylko się da – dokładnie tak, jak czasem robił to za łebka, kiedy grywał z kolegami po szkole w nogę. Jak zaplanował, tak uczynił: piłka powędrowała hen, wysoko, odbiła się od murawy, wpadła za kołnierz polskiego bramkarza Tomasza Kuszczaka i zatrzepotała w siatce. Podobno ciekawość to pierwszy stopień do piekła, ale tym razem okazało się, że i do zwycięstwa z reprezentacją Polski.

***
IV
Wiele lat temu dane mi było współpracować z blondynką, która jest prawdopodobnie jedyną nieubezwłasnowolnioną osobą z jednocyfrowym IQ i dyplomem wyższej uczelni. Pewnego grudniowego popołudnia owa blondwłosa ameba, posłyszawszy w radiu utwór Erica Claptona „Tears in heaven”, mruknęła:
Kurwa, zaczęło się...
Co się zaczęło? – zainteresowałem się zupełnie niepotrzebnie.
Jak to co?! Zaczynają grać te pierdolone amerykańskie kolędy.

Zaprawdę powiadam wam: nigdy nie wiadomo, dokąd was zaprowadzi ciekawość...

niedziela, 5 czerwca 2016

Szafa, pawlacz i żyrandol, czyli najnowsza historia Polski w skrócie

Żyrandol – symbol najwyższego urzędu Rzeczpospolitej Polskiej
Zauważyliście, że najnowsza historia Polski przypomina wpis na wnętrzarskim blogu?

Kiedy po drugiej wojnie światowej nastał czas pokoju i polskie miasta zaczęły powstawać z gruzów, optymiści przekonywali, że po wojennej pożodze w końcu znaleźliśmy się w przedsionku do lepszego świata, z kolei pesymiści dowodzili, że Polska to zwykła przybudówka Związku Radzieckiego zawiadywana przez partyjny beton i wycieraczka dla sowieckich dygnitarzy.

Na tysiąclecie państwa polskiego wybudowano tysiąc szkół, a następnie wzniesiono liczna osiedla-sypialnie z wielkiej płyty. W każdym mieszkaniu pojawiła się meblościanka na wysoki połysk oraz kolorowy telewizor marki Rubin. Ten iluzoryczny dobrobyt na kredyt to była zwykła zasłona dymna, ponieważ wkrótce okazało się, że ekipa Gierka, zadłużając kraj po sufit, nieoczekiwanie doszła do ściany.

Gdy znaczona bezwartościową złotówką i deficytem podstawowych produktów spożywczych rzeczywistość nie chciała się dopasować do założeń gospodarki planowej, strona rządowa gorączkowo poszukiwała wyjścia awaryjnego. Decyzja o pokojowym demontażu skompromitowanego systemu była ostatnim dzwonkiem, by Polska ostatecznie i nieodwracalnie nie popadła w ruinę.

Dla bloku wschodniego stało się jasne, że aby zobaczyć, jak żyje się za żelazną kurtyną, należało rozwalić mur. Dotychczas oknem na świat dla Polaków były saksy w NRD, wczasy w Jugosławii i trafiające pod strzechy nieliczne amerykańskie filmy.

Ludzie podziemia i przedstawiciele rządu przy okrągłym stole i licznych podstolikach omówili warunki transformacji ustrojowej, niebawem powstał gabinet Mazowieckiego i wkrótce pojawiły się sugestie, że Polską rządzi salon, a na fotelu prezydenckim zasiada spec od elektryki, zblatowany z czerwonym betonem i czarną kruchtą.

U progu wolnej Polski powstały rozmaite partie kanapowe. Żartowano, że członkowie większości z nich z powodzeniem zmieściliby się w windzie. Polityczną kuchnię zdominowały: walka o stołki, spór o lustrację, ustawa kominowa, szafa Lesiaka, a ostatnio pawlacz Kiszczaka. Zawartość tych mebli okazała się fundamentem podziału społeczeństwa. Najgłośniejszy spór na linii prezydent – premier dotyczył krzesła w pewnym gmachu w Brukseli. Obaj politycy udali się tam tym samym korytarzem powietrznym, za to dwoma różnymi samolotami.

Prawdziwe schody zaczęły się, kiedy wyszło na jaw, że drzwi do kokpitu w jednym z tych samolotów (uprzednio wyremontowanym) praktycznie się nie zamykały (zupełnie jak w dworcowej toalecie), co miało tragiczne skutki i tak podzieliło społeczeństwo, że o jego scementowaniu nie może być mowy. Historia zatoczyła koło i znów mamy zabetonowany system partyjny. To zdumiewające, ponieważ lewica, której ostatnim premierem był Belka i dla której kamieniem węgielnym jest właśnie beton, nie jest reprezentowana ani w wyższej, ani w niższej izbie parlamentu.

Ustępujący prezydent udał się na emigrację wewnętrzną do Ruskiej Budy, a nowemu lokatorowi pałacu przypadły w udziale żyrandol oraz czerwona wykładzina, na której wita swoich gości i odbiera honory od Kompanii Reprezentacyjnej Wojska Polskiego. Szybko okazało się, że nad owe splendory upodobał sobie nocne wizyty w jakiejś żoliborskiej willi, gdzie melduje się na byle dywaniku.

wtorek, 5 stycznia 2016

Artykuł 190, artykuł 197, paragraf 22

Kadr z filmu „Paragraf  22” Mike'a Nicholsa
System prawny w Polsce jest wewnętrznie spójny, akty normatywne są logiczne i przygotowywane ze szczególną starannością przez najlepszych legislatorów, dlatego stosowanie prawa nie nastręcza najmniejszych trudności. Tak powinno być. A jak jest w rzeczywistości? Zupełnie jak w powieści Josepha Hellera.

Po kolei. Od tygodni do Polaków trafia mniej więcej następujący przekaz: konstytucja jest ustawą zasadniczą, stanowi źródło prawa, wszystkie akty normatywne są z nią zgodne. To jest jasne. Teraz uwaga: orzeczenia Trybunału Konstytucyjnego mają moc powszechnie obowiązującą i są ostateczne (art. 190 Konstytucji RP), z kolei działalność Trybunału Konstytucyjnego reguluje ustawa (art. 197 Konstytucji RP). A jeśli ta ustawa jest sprzeczna z konstytucją? Tak przecież może orzec Trybunał Konstytucyjny, a jego orzeczenia – przypomnijmy – są ostateczne. No dobra, ale to właśnie ustawa określa organizację oraz – co ważne – tryb postępowania przed Trybunałem. Co jest ważniejsze: ostateczność orzeczeń Trybunału czy sprzeczna z konstytucją ustawa?

Można ten spór toczyć w nieskończoność. W zamian proponuję lekturę fragmentu powieści „Paragraf 22” Josepha Hellera. Zapewne nie rozwiąże to zagadki z Trybunałem Konstytucyjnym, ale pozwoli dostrzec niedorzeczność obu sporów prawnych.

Yossarian spojrzał na niego bacznie i spróbował z innej beczki.
– Czy Orr jest wariatem?
– Jasne, że tak – powiedział doktor Daneeka.
– Czy możesz go zwolnić z lotów?
– Jasne, że mogę. Ale najpierw on sam musi się do mnie zwrócić. Tego wymagają przepisy.
– Więc dlaczego on się do ciebie nie zwraca?
– Bo to wariat – wyjaśnił doktor Daneeka. – Musi być wariatem, żeby nadal brać udział w lotach bojowych, kiedy tyle razy ledwo uszedł z życiem. Jasne, że mogę go zwolnić, tylko najpierw musi się do mnie zwrócić.
– I to wystarczy, żeby go zwolnić?
– Wystarczy. Niech się do mnie zwróci.
– I wtedy będziesz mógł go zwolnić? – upewnił się Yossarian.
– Nie. Wtedy nie będę mógł go zwolnić.
– Chcesz powiedzieć, że jest jakiś kruczek?
– Jasne, że jest kruczek – odpowiada doktor Daneeka. – Paragraf dwudziesty drugi. „Człowiek, który chce się zwolnić z działań bojowych, nie jest prawdziwym wariatem”.
Był więc tylko jeden kruczek – Paragraf 22 – który stwierdzał, że troska o własne życie w obliczu realnego i bezpośredniego zagrożenia jest dowodem zdrowia psychicznego. Orr był wariatem i mógł być zwolniony z lotów. Wystarczyło, żeby o to poprosił, ale gdyby to zrobił, nie byłby wariatem i musiałby latać nadal. Orr byłby wariatem, gdyby chciał latać dalej, i byłby normalny, gdyby nie chciał, ale będąc normalny musiałby latać. Skoro latał, był wariatem i mógł nie latać; ale gdyby nie chciał latać, byłby normalny i musiałby latać. Yossarian był wstrząśnięty absolutną prostotą działania Paragrafu 22, czemu dał wyraz pełnym podziwu gwizdnięciem.
– Ten paragraf dwudziesty drugi to jest coś – zauważył.
– Bezbłędna rzecz – zgodził się doktor Daneeka.

niedziela, 29 listopada 2015

Nie ma czegoś takiego jak Czarnogóra

Czarnogóra – państwo nad Morzem Adriatyckim o powierzchni trzykrotnie
mniejszej od powierzchni Mokotowa. Niektórzy kibice polskiej reprezentacji
w piłce nożnej wyparli istnienie tego kraju ze świadomości
W psychologii funkcjonuje pojęcie wyparcia. To jeden z mechanizmów obronnych polegający na usunięciu ze świadomości myśli i wspomnień, które przywołują bolesne skojarzenia. Korzystamy z niego, kiedy nie radzimy sobie intelektualnie bądź emocjonalnie z jakimś zdarzeniem z przeszłości, które może nas skompromitować, zagrozić spójności osobowości czy też wywołać poczucie winy. Co prawda wyparte myśli istnieją nadal, jednakże nie są dostępne świadomości.

To swoiste wyparcie, zwane również represją, zastosowała Beata Szydło, decydując się na wystąpienie podczas konferencji po posiedzeniu rządu wyłącznie na tle polskich flag. Usunięcie flag unijnych jest zrozumiałe, jeśli przypomnimy, że skojarzenia z Unią Europejską wywołują u pani Beaty traumatyczne wspomnienia. Zapytana przed dwoma laty przez reportera, kiedy Polska przystąpiła do UE, udzieliła odpowiedzi na poziomie gimnazjum specjalnego, a mianowicie zaczęła coś bezradnie dukać o latach 80., ale nie wykluczała też, że wstąpiliśmy do UE na początku lat 90.

W poleceniu usunięcia unijnych flag nie należy dopatrywać się gestu kontestacji Unii Europejskiej czy też dezaprobaty polskiego rządu wobec polityki Brukseli. W ogóle nie należy podejrzewać premier Szydło o jakieś bardziej złożone konstrukcje intelektualne i wiedzę ogólną wykraczającą poza poziom szkoły średniej. Kiedy latem 2011 roku została ekspertem ekonomicznym, zażądała od rządu wyjaśnień, dlaczego rośnie inflacja i bezrobocie, a spada PKB. Otrzymała odpowiedź: inflacja i bezrobocie zamiast rosnąć spadają, a PKB zamiast spadać rośnie. Można odnieść wrażenie, że premierostwo Beaty Szydło to element akcji wyrównywania szans i przykład pomocy w karierze osobom mniej uzdolnionym.

Należy pamiętać, że wyparcie nie jest procesem jednorazowym i wymaga ciągłego nakładu energii, a wydobywanie wypartych wspomnień na powierzchnię świadomości to bolesne doświadczenie. Mechanizm zanegowania rzeczywistości zastosowali niektórzy kibice reprezentacji Polski w piłce nożnej. Parę lat temu polscy piłkarze dwukrotnie zremisowali z reprezentacją Czarnogóry (państewka o powierzchni trzykrotnie mniejszej od powierzchni Mokotowa) w eliminacjach do mundialu w Brazylii, zaprzepaszczając tym samym szansę na udział w mistrzostwach świata. Dla wielu kibiców był to ogromny szok. Wielu z nich nie dopuszczało do świadomości tej przytłaczającej myśli, w związku z czym zgodnie orzekli, że po prostu nie ma czegoś takiego jak Czarnogóra. Jest przecież Zielona Góra, Jelenia Góra, Jasna Góra, a co bardziej oczytani kibice zgadzają się z tym, że istnieje również „Czarodziejska góra”. Czarnogórę wyparli ze świadomości. Podobnie jak pani Beata Unię Europejską.

czwartek, 19 listopada 2015

Nierozstrzygnięty konkurs na sołtysa globalnej wioski

Angela Merkel, Barack Obama...
Ze względu na szybkość i sprawność komunikacji (transportowej i tej związanej z wymianą myśli) świat zyskał miano globalnej wioski. Jak wiadomo, każda wioska potrzebuje sołtysa.

Globalna wioska od lat upatrywała w tej roli prezydenta Stanów Zjednoczonych. Niestety, ostatni szefowie tej superwioski zawiedli pokładane w nich oczekiwania: jeden zabawiał się z pewną panienką cygarami, inny rozpętał kilka wojen, a ten aktualny, choć w 2009 roku dostał na zachętę Pokojową Nagrodę Nobla (mimo uczestnictwa USA w kilku konfliktach zbrojnych), nie zdołał uporać się z ogromnym długiem, który on i jego poprzednicy zaciągnęli u takiego sołtysa w Chinach.

W tej sytuacji oczy świata w nadziei na pozyskanie godnego sołtysa skierowano na Stary Kontynent, a konkretnie na Unię Europejską, która – tradycyjnie na zachętę – otrzymała w 2012 roku Pokojową Nagrodę Nobla. Kompetentnego sołtysa dostrzeżono w osobie kanclerz Angeli Merkel, która zawiaduje najzamożniejszą i najludniejszą wioską Unii Europejskiej. Wróżono jej sukces, wszak pani Angela trochę wygląda jak sołtys. Niestety, okazało się, że Niemcy – mimo że są największą wioską w UE i mają się całkiem dobrze – nie chcą i nie są w stanie zaopiekować się uboższymi europejskimi przysiółkami, nie mówiąc o całej globalnej wiosce, jaką jest świat.

...i papież Franciszek to kandydaci ubiegający
się o stanowisko sołtysa globalnej wioski
Stare wiejskie porzekadło głosi: jak trwoga, to do Boga. Mieszkańcy globalnej wioski podążyli tym tropem i zgodnie uznali, że ich sołtysem powinien zostać papież Franciszek, który w 2013 roku, już w dniu powołania na stanowisko szefa wioski watykańskiej, swą bezpretensjonalnością i otwartością zaskarbił sobie uznanie, zdobył zaufanie i powszechną sympatię nawet wśród niewierzących. Tym razem Komitet Noblowski powstrzymał się od przyznania pokojowego Nobla, za to globalni wieśniacy doszli do wniosku, że w sprawnym zarządzaniu zbawienny okaże się papieski dogmat o nieomylności. No niestety... Ostatnie publikacje Vatileaks potwierdziły to, o czym i tak wiedzieli wszyscy. Okazuje się, że igraszki Clintona w Gabinecie Oralnym (przepraszam: Owalnym), militarne zapędy Busha, rosnące zadłużenie USA, nad którym Obama nie jest w stanie zapanować, a także niemożność wprowadzenia na skalę światową niemieckiego ordnungu w finansach to małe miki w porównaniu z tym, co się wyprawia w Watykanie i pośród hierarchów na całym świecie. Walki koterii w Kurii Rzymskiej, skandale obyczajowe, przestępstwa na tle seksualnym, deale Watykanu z mafią – a wszystko to w wiosce liczącej zaledwie 44 hektary. Okazało się, że takie praktyki nie przystają do wyobrażeń mieszkańców globalnej wioski o tym, jak powinni być zarządzani, bo takiego burdelu w finansach i sferze obyczajowej nie ma nawet w Stanach Zjednoczonych i Unii Europejskiej. Niektórzy uważają, że nawet w Sodomie i Gomorze.

Otwarty konkurs na sołtysa globalnej wioski trwa.

czwartek, 12 listopada 2015

Beton nie służy swobodnej żegludze

WIOSNA 2004
Na pierwszym planie fragment Magdaleny Ogórek. W tle Leszek Miller
Madzia Ogórek wybrała się z chłopakiem na spacer wokół Zalewu Rybnickiego. Było pięknie: słońce ogrzewało tylko lewą stronę sceny politycznej, Leszek Miller postawił twarde warunki Unii Europejskiej, żaglówki zgrabnie przemykały nad leszczami, które plumkały w rytm „Międzynarodówki”, a zające na pobliskiej polanie kicały w rytm „Ody do radości”.

JESIEŃ 2014
PO i PiS przysłoniły słońce, poparcie dla SLD stopniało z 40 do 10 proc., leszczami okazali się Joński i Gawkowski, a zającami Napieralski i Arłukowicz, którzy niepostrzeżenie przekicali do Platformy Obywatelskiej.

Jest deszczowa, bezksiężycowa noc. W podziemiach siedziby przy ulicy Złotej trwa narada, kogo wystawić w wyborach prezydenckich. Księżyc wyłączony, ulewny deszcz zagłusza próbę podsłuchu. Satelity szpiegowskie zgłupiały. Burza mózgów przybrała mylący kryptonim „Piękny umysł”.

Zagaja Leszek Miller:
– Nasz kandydat powinien gustownie się ubierać i być abstynentem.
Gawkowski (z wyrzutem): – Pan przewodniczący na dzień dobry wykluczył Czarzastego. A miało być konstruktywnie.
Miller (autorytatywnie): – Idealny kandydat powinien być jak Kwaśniewski w 1995 roku! Ma dobrze się prezentować w telewizji i układać zdania wielokrotnie złożone – nieoczekiwanie dorzucił nowe kryteria.
Joński (nieśmiało): – Kwaśniewski był abstynentem tylko w podstawówce.
Olejniczak wklepuje wymienione cechy do specjalnego programu komputerowego i po chwili oznajmia:
– Kandydatów spełniających podane warunki mamy dwóch. A właściwie dwie: Joannę Senyszyn i Magdalenę Ogórek. Świetnie prezentują się w mediach, skupiają uwagę potencjalnych wyborców, nie nadużywają alkoholu, formułują zdania wielokrotnie złożone i gustownie się ubierają. Senyszyn nieco oryginalnie, ale nie czas na dyskusje o gustach.

W betonowym bunkrze przy Złotej decydujący głos ma Betonowy Leszek:
– Magda Ogórek! Z Madzią pożeglujemy po zwycięstwo!

WIOSNA 2015
Mimo że Madzia zebrała pół miliona podpisów poparcia, w wyborach dostała niecałe 354 tysiące głosów, czyli nie przekonała nawet tych, którzy dali jej szansę startu. Im częściej odzywała się podczas kampanii, tym szybciej topniało dla niej poparcie. Im krótsze przywdziewała spódnice i frywolnie trzepotała rzęsami, tym częściej telewidzowie upewniali się, jaki oglądają program.

Betonowy Leszek zachodzi w głowę, dlaczego Madzia poniosła klęskę:
– Przecież efektownie wygląda i zgłosiła odważny postulat, by napisać prawo od nowa... – zrezygnowany analizuje przyczyny porażki.
– Nie ona pierwsza. Kononowicz też znakomicie się prezentuje, ma więcej odsłon na YouTubie i również zaproponował legislacyjny reset: by nie było niczego – przytomnie zauważył Gawkowski.

JESIEŃ 2015
25 października, godz. 20:58. Sztab wyborczy Zjednoczonej Lewicy z napięciem wpatruje się w telewizor. Betonowy Leszek uspokaja resztę partyjnego betonu i niedouczonych lizusów:
– Będzie sukces, zobaczycie! Basia Nowacka nie chleje, dobrze się ubiera i wypowiada zdania wielokrotnie złożone. Wyborcy muszą to w końcu docenić!

Godz. 21:00, na ekranie pojawiają się słupki z wynikami. Zjednoczona Lewica nie przekracza progu wyborczego.
Miller (zafrasowany): Ja pierdolę... Może faktycznie beton nie służy swobodnej żegludze...?

sobota, 17 października 2015

Podróże kształcą, czyli ucz się języków

Jan Himilsbach nie zamierzał zostać z tym angielskim jak chuj
Tłumaczyliście kiedyś bułgarskiemu kierowcy, jak ma dojechać pod wskazany adres? Ja też nie, ale warto być na taką ewentualność przygotowanym.

Niewykluczone, że Bułgar okaże się poliglotą, z którym porozmawiacie w dowolnym języku, ale obstawiałbym, że porozumiewa się ze światem wyłącznie po bułgarsku i przejawia umiarkowany entuzjazm do nauki języków obcych. Podobnie jak Jan Himilsbach, który otrzymał propozycję zagrania w zagranicznej produkcji. Nie dość, że angaż nie był pewny, to reżyser postawił mu warunek: w ciągu paru tygodni ma przyswoić podstawy angielskiego i zaznajomić się z wymową tego języka. Himilsbach przemyślał propozycję i odpowiedział: – No dobra, nauczę się. A co będzie, jeśli nie dostanę tej roli? Zostanę jak chuj z tym angielskim.

Może się zdarzyć, że o pomoc w dotarciu do celu poprosi was Bułgar, który nie chciał zostać chujem. Bułgarski należy do języków słowiańskich, ale zachowajcie czujność! Pamiętajcie, że po bułgarsku „prawo” oznacza kierunek „na wprost”. Kiedy zawodzi komunikacja werbalna, wielu stawia na międzynarodowy język ciała, jednak niech was nie zmyli potakiwanie głową, ponieważ Bułgarzy w ten sposób zaprzeczają. Kiedy coś potwierdzają, kręcą głową na boki.

O tym, że nieznajomość języków obcych może utrudnić życie w podróży, przekonali się kibice Manchesteru City, którzy w 2003 roku wyruszyli do Polski na mecz z Groclinem Grodzisk Wielkopolski w III rundzie Pucharu UEFA. Anglicy nie doczytali, z kim gra ich klub, i pojawili się w Gorzowie Wielkopolskim. Za nic nie chcieli uwierzyć, że mecz odbędzie się w oddalonym o 130 km Grodzisku. Kiedy w drodze na stadion przemierzali gminne drogi, a oczom ich ukazał się bursztynowy świerzop, gryka jak śnieg biała, gdzie panieńskim rumieńcem dzięcielina pała, a wszystko przepasane jakby wstęgą, miedzą, zieloną murawą, wokół której kibice siedzą, byli zdumieni, że ich wielki Manchester mierzyć się będzie z jakimś przysiółkiem na końcu świata. Zdziwili się po raz drugi, kiedy zostali przez ten przysiółek wyeliminowani z europejskich pucharów.

Podobną przygodę przeżyli piłkarze Polonii Warszawa, którzy w 2000 roku jako aktualni mistrzowie Polski przybyli do 6-tysięcznego Kietrza na Opolszczyźnie, by rozegrać mecz Pucharu Ligi z drugoligowym Włókniarzem. Długo krążyli po okolicznych miejscowościach, aż w końcu dotarli na miejsce. Polonia przegrała 2:3, a Maciej Szczęsny powiedział, że na pewno zapamięta, gdzie leży Kietrz.

Czy ten tekst ma jakąś puentę? „Podróże kształcą, tylko najpierw trzeba trochę pobłądzić”. Bez sensu... Może taką: „Nie bądź chujem, ucz się języków”. Nie, to przecież nielogiczne, bo Himilsbach nie chciał zostać chujem, dlatego nie zamierzał uczyć się angielskiego. O puentę jak zwykle musicie zatroszczyć się sami.