sobota, 8 sierpnia 2015

Habemus presidentem, czyli reglamentacja fiksum-dyrdum

Księża z parafii Miłosierdzia Bożego w Tarnobrzegu
zorganizowali rekonstrukcję zamachu na papieża z 13 maja 1981
W 2011 roku grupa kilkunastolatków z Jastrzębia-Zdroju umieściła w internecie film, na którym jeden z nich przebrany za papieża stoi w jadącym powoli kabriolecie, który ma przypominać papamobile, i pozdrawia mieszkańców miasta. Do akcji wkroczyło śląskie kuratorium oświaty, uczniowie otrzymali naganę, a policja zbadała, czy nie doszło do popełnienia przestępstwa, ponieważ za obrazę uczuć religijnych grożą w Polsce dwa lata więzienia. Nie wiem, na czym obraza uczuć religijnych miałaby polegać, ponieważ jedynie odtworzyli znany z telewizji obrazek: pozdrawiający papież i czterech ochroniarzy w czarnych garniturach wokół samochodu. Gdyby żartownisie zdecydowali się na odegranie scenki z udziałem Winstona Churchilla czy Philippe'a Pétaina, nikt by się nie obruszył, a policja zbadałaby sprawę jedynie pod kątem stworzenia zagrożenia w ruchu drogowym.

Aktorzy i widzowie bawili się wyśmienicie
Przenieśmy się do roku 2014. Po mszy w kościele Miłosierdzia Bożego w Tarnobrzegu odegrano widowisko poświęcone zamachowi na Jana Pawła II. Ksiądz proboszcz Jan zagrał rolę papieża, poruszającego się tekturowym papamobile zbudowanym prawdopodobnie na płycie podłogowej wózka z Auchan, a w rolę strażnika więziennego pilnującego Mehmeta Alego Agcę wcielił się ksiądz Mirosław. Po scenie zamachu odegrano spotkanie papieża z niedoszłym zabójcą. Wśród zaproszonych gości byli: dyrekcja szkoły, nauczyciele, pracownicy administracji, uczniowie oraz ich rodziny.

Powstrzymam się od komentarza, bo przecież widzicie zdjęcie z tego obłąkańczego widowiska i sami możecie ocenić, że neurony w mózgach tarnobrzeskich duszpasterzy działają w trybie awaryjnym. Wszyscy świetnie się bawią – jak na wieczorku zapoznawczym w psychiatryku, a ja zastanawiam się, co by się stało z jastrzębskimi nastolatkami, gdyby zamiast odwzorowywać znaną każdemu telewidzowi na świecie przejażdżkę papieża papamobile, zdecydowali się na ostrą parodię najtragiczniejszego momentu w życiu Jana Pawła II z rekwizytami z planu filmowego "Flintstonowie". Myślę, że kara bezwzględnego więzienia byłaby na miejscu.

W doborze rekwizytów tarnobrzescy duszpasterze
inspirowali się kreskówką "Flintstonowie"
6 sierpnia 2015 roku. Wyobraźmy sobie, że w dniu zaprzysiężenia prezydenta grupa lewicowych działaczy urządza na placu Zamkowym w Warszawie happening i prezentuje ogromny transparent z napisem "Habemus presidentem". W najlepszym dla nich razie zostaliby wylegitymowani, a najpewniej poproszeni o jego zwinięcie i ukarani mandatem. Prawicowi publicyści wygłaszaliby tyrady o przemyśle nienawiści, prostactwie, chamstwie i grubiaństwie. Nie mam co do tego najmniejszych wątpliwości. Najmniejszych. Tylko tak się składa, że transparent trzymali zwolennicy prezydenta Andrzeja Dudy, którzy wytłumaczyli dziennikarzom, że "dziś radość jest nawet większa, niż gdy wybrano polskiego papieża", a prawicowi publicyści wtórowali im, bredząc, że wybór prezydenta "spełnił cel powstania warszawskiego", że nie obyło się bez "pomocy z góry", a samego Dudę porównywali do Jana Pawła II.

Tak w kraju między Odrą i Bugiem objawia się reglamentowane fiksum-dyrdum: co wolno księżom Janowi i Mirosławowi oraz szurniętym sympatykom Dudy, w wykonaniu pozostałych obywateli kwalifikuje się na karę grzywny i pozbawienia wolności do lat dwóch.

czwartek, 6 sierpnia 2015

Kto ma ciotkę w Raciborzu, ręka w górę!

Racibórz. Miasto na południu Polski nad Odrą. To tutaj imprezował
Jan III Sobieski w drodze na odsiecz Wiednia i przerżnął w karty
z najszpetniejszą damą dworu, by trzy tygodnie później odreagować tę porażkę
w bitwie z armią Imperium Osmańskiego. To w tym mieście w 1246 roku
powstał klasztor Dominikanów, w którym zapisano pierwsze polskie zdanie
„Gorze szą nam stało”, czyli „Gorzej się nam stało”. Oficjalnie miasto
liczy niespełna 60 tysięcy mieszkańców, ale wszyscy doskonale wiedzą,
że tak naprawdę około 12 milionów, ponieważ co trzeci Polak ma tu ciotkę.
Nie pytajcie mnie, jak to możliwe na tak małej powierzchni.
Zawsze byłem słaby z arytmetyki
Wczoraj poznałem sympatyczne narzeczeństwo z północy Polski. Dziewczyna pochodzi z Wałcza, a jej chłopak z Piły. Wałcz kojarzę z licznymi ośrodkami przygotowań dla sportowców i z rodzinnym miastem lewicowego publicysty Wiesława Dębskiego, a Piłę z imperium byłego senatora Henryka Stokłosy i speedwayem. Z kim lub z czym moim miłym rozmówcom skojarzył się Racibórz? Prawdę powiedziawszy, znałem odpowiedź na to pytanie, zanim ją usłyszałem. – Racibórz?! Mam ciotkę w Raciborzu! – ożywiła się dziewczyna.

Mniej więcej co trzecia poznana przeze mnie osoba ma ciotkę w Raciborzu. Niektórzy precyzują, że i ciotkę, i wujka, ale nie wygłupiajmy się: to chyba jasne, kto na Śląsku pełni rolę głowy rodziny. Wujek jest kimś w rodzaju księcia Filipa bądź męża kanclerz Angeli Merkel, co to wiadomo, że istnieje, ale dowiadujemy się o tym dopiero przy okazji, kiedy podpadnie kolorowej prasie (książę) albo zacznie, ku swojej zgubie, prawić komplementy 20 lat młodszej kobitce na weselu bądź urodzinach (wujek), a wtedy ciotka publicznie przywołuje go do porządku i od tej pory całe towarzystwo orientuje się, który to jest ten wujek.

Wałcz, Zielona Góra, Hajnówka, Krosno, Opole, Skoczów, Wejherowo, Pszczyna, Warszawa, Rybnik, Wrocław i Mysłowice – to miasta, które w tej chwili przychodzą mi do głowy i których mieszkańcy poinformowali mnie, że ich ciotka mieszka w Raciborzu. Zawsze: ciotka. Nie: kuzynostwo, dziadkowie czy rodzeństwo. Ciotka.

Doszło już do tego, że gdy ktoś mnie komuś przedstawia, to mówię:
– Miło mi poznać, jestem Daniel. Przy której ulicy?
– Mnie również miło. Co przy której ulicy?
– Przy której ulicy w Raciborzu mieszka twoja ciotka?

Co trzeci Polak ma ciotkę w Raciborzu, więc nikogo nie dziwi, że ja również mam. Nawet cztery. Jedna z nich od mojego wczesnego dzieciństwa funkcjonuje jako "ciocia z Niemiec", ale wybudowała się w Raciborzu i przez trzy tygodnie w roku i czasami podczas świąt jest "ciocią z
Raciborza".

Musimy odpowiedzieć sobie na kluczowe pytanie: czy te wszystkie deklaracje o ciotce mieszkającej w Raciborzu należy traktować dosłownie? Przecież to miasto nie jest z gumy! Może chodzi o powiat raciborski, całkiem spory, bo liczący 544 km kw.? To znacznie więcej od Filadelfii! Poza tym nie od dziś wiadomo, że mieszkańcy Piaseczna, Serocka i Mławy to warszawiacy, a zamieszkujący Brzesko, Chrzanów i Myślenice to prawdziwi krakowianie. Tak też jest z Raciborzem: mieszkańcy Krzanowic, Chałupek i Krzyżanowic to są raciborzanie. Odpowiedzieliśmy sobie na pierwsze pytanie, odpowiedzmy i na drugie: kto fałszuje dane w rocznikach statystycznych i Wikipedii?! Dlaczego widnieje tam liczba 56 tysięcy mieszkańców zamiast kilkunastu milionów?!

Kiedyś katowicki oddział "Wyborczej" zainicjował akcję "Stwórzmy śląską mapę kibica" (nie pamiętam dokładnej nazwy). Fankluby śląskich drużyn ekstraklasowych (ale nie tylko, również tych z niższych lig) i zwykli kibice zwani piknikami nadsyłali do redakcji informacje, które dzielnice (a nawet które ulice) kibicują któremu klubowi. Racibórz (jak cały kraj w każdej sprawie) jest i pod tym względem podzielony: jedni kibicują Ruchowi Chorzów, drudzy są za Górnikiem Zabrze. Skorzystajmy z tego pomysłu! Stwórzmy ogólnopolską... Co tam ogólnopolską! Ogólnoświatową Mapę Osób Deklarujących Posiadanie Ciotki w Raciborzu. Aby jej przygotowanie przebiegło sprawnie, potrzebna jest organizacja koordynująca to przedsięwzięcie.

Niniejszym powołuję Ogólnoświatowe Forum Posiadaczy Ciotki Zamieszkałej w Raciborzu (w skrócie: OFPCZR). Kto chce wstąpić do OFPCZR-u, nie musi opłacać składki członkowskiej ani przynosić zdjęcia do legitymacji. Wystarczy, że podniesie łapkę i wypowie "Moja ciotka mieszka w Raciborzu". Osoby wierzące mogą dodać: "Tak mi dopomóż Bóg".

wtorek, 4 sierpnia 2015

O wyższości Agnieszki Osieckiej i Jonasza Kofty nad straganowym paździerzem

Irena Jarocka na scenie to niespotykane połączenie
wdzięku, urody, profesjonalizmu, znakomitego tekstu,
genialnej aranżacji i brawurowej interpretacji
Parę dni temu dopadła mnie i moich współpracowników głupawka polegająca na tym, że ni z tego, ni z owego zaczęliśmy śpiewać piosenki uchodzące za hity estradowe PRL-u. Ale z własnym tekstem, wymyślanym tak na poczekaniu. Z wersu na wers improwizowaliśmy i wymyślaliśmy kolejne zwrotki. Zupełnie na trzeźwo, bo przecież byliśmy w pracy. Z koleżanką postanowiliśmy przerobić w ten sposób cały utwór "Z tobą chcę oglądać świat" Wodeckiego i Sośnickiej i jeszcze parę innych piosenek, ale w domu, na spokojnie, ponieważ chcieliśmy uniknąć skierowania przez pracodawcę na konsultacje psychiatryczne i zgodnie uznaliśmy, że dyscyplinarka z wpisem do akt "Zwolniony za śpiewanie evergreenów" oznaczałaby znikome szanse na ponowne zatrudnienie.

Przypomniałem sobie kilkanaście przebojów z lat dziecięcych i dokonałem odkrycia, że tzw. piosenka estradowa minionej epoki miała się zupełnie nieźle. Zaznaczam, że tego rodzaju twórczość to antypody moich muzycznych zainteresowań, ale trzeba przyznać, że oprócz wątpliwych muzycznie i tekstowo dzieł pojawiły się wtedy również liczne piosenki wytrzymujące próbę czasu – ze znakomitymi tekstami, niebanalną aranżacją i świetnym wykonaniem. Zdarzały się również dzieła wybitne, jeśli można tak powiedzieć o produktach kultury masowej. Możliwe, że to, co teraz piszę, brzmi jak narzekanie dziada, który przekonuje, że "przed wojną jabłka były smaczniejsze", ale zastanówcie się sami, co tzw. współczesna estrada ma do zaproponowania. Zblazowaną Edytę Górniak? Zmanierowanego Piasecznego? Feela? Nie wydurniajmy się...

Agnieszka Osiecka – poetka, pisarka, dziennikarka
i autorka ponad dwóch tysięcy tekstów piosenek
Naprawdę chcecie ich porównywać ze Sławą Przybylską i Zbigniewem Wodeckim? Serio uważacie, że "Wymyśliłam cię" Ireny Jarockiej czy "Tyle słońca w całym mieście" Anny Jantar oraz setki piosenek autorstwa Agnieszki Osieckiej, Jerzego Dąbrowskiego, Jacka Cygana, Jonasza Kofty, Wojciecha Młynarskiego, Jana Zalewskiego, Jeremiego Przybory i Janusza Kondratowicza ustępują jakiemuś tworowi pt. Donatan & Cleo, święcącemu jeszcze nie tak dawno triumfy Ich Troje czy przeżywającemu niepojęty dla mnie renesans paździerzowemu disco polo? Czy straganowe badziewie nieodwołalnie wygrywa z Grażyną Łobaszewską i Andrzejem Zauchą?

Zastanówcie się sami, bo ja się zastanowiłem i jakoś przeszła mi ochota na pastisze i parodie przebojów z lat 60., 70. i 80. Wystarczy, że współczesna estrada to jeden wielki pastisz, groteska i obciach w jednym. Mam nadzieję, że wyrażam się dość jasno, a wy czytacie ten tekst ze zrozumieniem. Piosenkę festiwalową zgrabnie omijam szerokim łukiem, nie zasłuchuję się na co dzień w utworach Ireny Santor i Anny Jantar (choć twierdzę, że zawdzięczamy im wiele ciekawych interpretacji), tylko próbuję zestawić dawne hity przemysłu rozrywkowego z tym czymś, co dzisiaj kształtuje gust masowego odbiorcy i znajduje uznanie w oczach i uszach publiczności Eurowizji czy innego Lata Zet i Dwójki czy jak to tam się nazywa. Teraz możecie śmiało mi nawtykać, jakim to jestem zramolałym dziadem i nie znam się na nowych tryndach.

niedziela, 2 sierpnia 2015

Gra zawsze toczy się o wygraną, mimo kart, jakie przyszły

Wiesław Myśliwski, "Ostatnie rozdanie"
Znak, Kraków 2013
"Gramy przecież w różne gry o siebie, i przez całe życie. Obmyślamy reguły w zależności od potrzeb. Gdyby tak się dało skodyfikować te wszystkie reguły, może byśmy nawet uzyskali jakiś przybliżony obraz, kim jesteśmy. Lub odwrotnie, jeszcze bardziej oddalilibyśmy się od siebie, bo przecież nie ma gry bez ryzyka. Coś wiem na ten temat, grywałem przez lata w pokera. Gramy nie tylko w drobnych sprawach, gramy i o nasze uczucia, nasze myśli, nasze słowa, a bywa, że o wszystko, jak prawdziwi hazardziści i jak prawdziwi hazardziści jakże często blefujemy.

(...)

Nikt przecież nie gra, żeby przegrać. Gra zawsze toczy się o wygraną, mimo kart, jakie przyszły. A to wymaga nie tylko umiejętności tasowania, przebijania, blefowania i nawet nie tego, żebyśmy umieli zachować zimną twarz. To wymaga, abyśmy wiedzieli, o co gramy, i chcieli tego chcieć. To umiejętność najtrudniejsza. O wiele trudniejsza niż żyć. Urodzić się, umrzeć byle kto potrafi. Lecz czy to jest życie, niech pan sam powie, panie Antoni. Coś pan za często wygrywa, a ja dokładam tylko pieniądze. I nie przychodzą panu jakieś nadzwyczajne karty, tylko że mnie przychodzą gorsze. Tak to jest, gdy karty grają za nas. Albo też nie umiem już grać w uczciwą grę, nawet sam z sobą. Tylko że w uczciwej grze, jak pan widzi, jest się przeważnie przegranym. O, jak ja teraz z panem".

sobota, 1 sierpnia 2015

Jak powstają twoje teksty

Marian Załucki udzielił piszącym
doskonałej rady: "Autor ma męczyć się
tak długo, żeby czytelnik już nie musiał"
O tym, że świat chyli się ku upadkowi, świadczy chociażby fakt, że znalazła się grupa kilku osób, które pytają mnie, jak pisać. Wyrażają się z uznaniem o mojej blogowej twórczości, co jest bardzo miłe i aż tak bardzo mnie nie dziwi. Organicznie nie znoszę fałszywej skromności i bezmyślnego krygowania się, zatem nie napiszę, że moje teksty są denne. Mogę z całą mocą oświadczyć, że są fragmenty, a nawet całe wpisy, które od dna wyraźnie się odbijają, zmierzają ku powierzchni akwenu, by niespodziewanie osiąść na mieliźnie pogmatwanych dygresji, niezrozumiałych metafor i innych środków stylistycznych, których teoretycy literatury jeszcze nie zdążyli zdefiniować. Zapewniam, że nie ustaję w wysiłkach: dużo czytam, odświeżam umysł, piję dużo kawy i wkrótce będę jak brzytwa! Pochlebstwa płyną również od nieznajomych. Nie wiem, jak to działa – możliwe, że niektórzy z Was udostępniają linki z poszczególnymi tekstami. Wybaczcie moją ignorancję, ale na mediach społecznościowych znam się tak, jak Dariusz Joński na historii Polski XX wieku.

Dziękuję Wam za życzliwe zainteresowanie, ale z żalem muszę napisać, że na uwagę o braku błędów interpunkcyjnych musiałem czekać aż półtora roku, a na tym komplemencie najbardziej mi zależało. Małgosiu, dziękuję! Gdybyście przez 16 lat wykonywali zawód korektora tekstu i zasypiali ze słownikiem interpunkcyjnym prof. Podrackiego, to też orientowalibyście się, że przecinek stawiamy przed złożeniami 'mimo że', 'pod warunkiem że', 'dlatego że' i "chyba że', a nie wewnątrz takiego wyrażenia, chyba że (!) na poprzedzający go składnik pada akcent zdaniowy, co zdarza się niezwykle rzadko i dotyczy tylko niektórych złożeń, najczęściej: 'zważywszy że' i 'tyle tylko że', ale najbezpieczniej z tej możliwości nie korzystać. Wybaczcie! Zawsze chciałem publicznie popisać się wiedzą o wskaźnikach zespolenia w zdaniach złożonych.

O ile miłe słowa zachęcające do dalszego pisania dodają mi wiary we własne umiejętności, o tyle prośby o porady, jak pisać i skąd czerpać pomysły, budzą zdumienie, a już na pewno niepokój połączony z troską o zdrowie pytających. Równie dobrze moglibyście zagadnąć Jana Rokitę, czy zgodziłby się przeprowadzić szkolenie personelu Lufthansy. A właśnie! Nie wiecie, co z Jaśkiem? Janowi Marii Władysławowi imion nie ubywa, ale jego samego jakby coraz mniej. Martwię się o niego... I o jego żonę. Taka dobrana para! Szkoda, że w 2005 roku nie został premierem. Uruchomiłem wyobraźnię i doszedłem do wniosku, że jego premierostwo z Nelli u boku mogłoby być najzabawniejszym okresem w dziejach Polski.

Paulina Wilk w autobiograficznej opowieści
sięgnęła pamięcią do dzieciństwa i czasu
dorastania, dzięki czemu opisała marzenia
i wyzwania współczesnych trzydziestoparolatków
No dobra, przystępuję do odpowiedzi na najczęściej zadawane pytania.
1. Czy warto założyć blog? (blog ma rodzaj męski nieżywotny, zatem w bierniku obowiązuje nas forma 'blog'. W mowie potocznej dopuszczalne jest pytanie "Czy warto założyć bloga?", ale w tekście pisanym używajcie starannej polszczyzny. I przeczytajcie uważnie dwa razy tekst przed publikacją – w ten sposób okazujecie czytelnikowi szacunek).
– Warto. To wciąż nie jest karalne i zajmuje 15 minut. Tyle trwa "Teleexpress". Albo przeciętny stosunek seksualny w Skandynawii, jeśli ktoś woli obrazowe porównania.

2. Skąd czerpać pomysły, czyli "jak powstają twoje teksty"?
– Pomaga uważność. Nie tyle spostrzegawczość, co właśnie uważność. Wrzućcie do wyszukiwarki hasło "mindfulness" i poczytajcie o tym. Wystarczy udać się na spacer do centrum pieszo zamiast samochodem, otworzyć gazetę na dowolnej stronie i pomysły nasuwają się same. Podzielam zdanie, które wypowiedział kiedyś Marek Koterski: "Przez życie prowadzą mnie strzępki zasłyszanych rozmów i fragment zdania w książce otwartej na przypadkowej stronie". Oprócz fragmentów zdań zalecam czytanie całych książek, ale do tego, jak sądzę, nie muszę Was zachęcać. Inspiracja do pisania jest wszędzie. Zawsze można też sięgnąć do zakamarków pamięci i przywołać zdarzenia z odległej przeszłości, nawet z dzieciństwa. Gorąco polecam książkę "Znaki szczególne" Pauliny Wilk, która dzięki mistrzowskiej retrospekcji z dzieciństwa przypadającego na czas demokratycznych przemian w doskonały sposób zanalizowała pokolenie współczesnych 35-40-latków.

3. A co, jeśli nikt tego nie będzie czytał?
– Nie zrażajcie się tym! Pamiętajcie o dwóch rzeczach: 1. Żyjemy w epoce nadmiaru informacji. 2. Encykliki papieskie są wydawane w pokaźnych nakładach, a czyta je w Polsce pięć osób: Przeciszewski, Terlikowski, Czaczkowska, Nycz i mój kolega kosmita, z którym kiedyś pracowałem.

4. Jak długo pisze się takie teksty?
– Odpowiem słowami Mariana Załuckiego, znakomitego poety, satyryka i pisarza: "Autor ma męczyć się tak długo, żeby czytelnik już nie musiał". Czasem jakiś temat chodzi za mną tygodniami, ale bywa też tak, że od pomysłu do publikacji mija kilkanaście minut. Czy moi czytelnicy męczą się podczas lektury? Pewnie tak, ale nie wszyscy i nie przy każdym wpisie. A to już coś! Czy Wam się uda? Na co czekacie? Do dzieła!

Jeśli uważacie, że powyższy kącik poradniczy to skutek niedawnych upałów, które wyraźnie mi zaszkodziły, to jest mi z tego powodu bardzo przykro. Te uniwersalne wskazówki początkującym blogerom na pewno nie zaszkodzą. Mogą nawet pomóc.

czwartek, 30 lipca 2015

Łączmy się w pary! Kochajmy się!

Gdzieś tam w sejmowym korytarzu krótka chwila
Splecione ręce w podkomisji, oczu błysk
Wysłany w biegu krótki list
Stokrotka śniegu, dobra myśl
To wciąż za mało, moje serce, żeby żyć

Uciekaj skoro świt
Bo potem będzie wstyd
I nie wybaczy nikt
Chłodu ust twych

Deszczowe wtorki, które przyjdą po wyborach
Kropelka żalu, której winien jesteś ty
Nieprawda, że tak miało być
Że warto w byle pustkę iść
To wciąż za mało, moje serce, żeby żyć

Uciekaj skoro świt
Bo potem będzie wstyd
I nie wybaczy nikt
Chłodu ust, braku słów...
Zapewne jestem jedną z ostatnich osób, które mogłyby zajmować się doradztwem matrymonialnym. Moje związki nie przetrwały próby dwóch lat, ale nie ma tego złego, co by na dobre nie wyszło, ponieważ rozstajemy się w zgodzie i na pożegnanie zapewniamy siebie nawzajem – wzorem bohaterów hollywoodzkich produkcji – że zostajemy przyjaciółmi. Uzbierało się tych przyjaciółek... To wcale nie jest śmieszne, bo obiecałem matce, że przed czterdziestką się ożenię. Zostało mi, niech policzę, dziewięć miesięcy. Hm... Dziewięć miesięcy to liczba dość symboliczna.
Od lat obserwuję znajomych oraz znajomych tychże znajomych i ich dalszych znajomych, jak dobierają się w pary, i dochodzę do wniosku, że oni te znajomości zawierają już nie za pomocą Facebooka, tylko przy użyciu zmutowanego algorytmu, napisanego dla hecy przez jakiegoś kretyna, który z ukrycia obserwuje rezultaty swojego niecnego planu.
Podam trzy przykłady takich związków, które – przyznaję – nie są reprezentatywne, powiedziałbym, że są nawet skrajne, ale przysięgam, że prawdziwe. To są dalsi znajomi, których poznałem przed laty i nie wiem, jak potoczyły się ich losy. I chyba nie chcę wiedzieć. Opiszę jedno małżeństwo i dwa narzeczeństwa.

Para nr 1: ona – elokwentna, pogodna, rezolutna, z nieco abstrakcyjnym poczuciem humoru, trochę przekorna, nieustannie roześmiana, rozmowna, ale nie gadatliwa; on – ograniczony umysłowo buc o nieskażonym żadną myślą obliczu, wypowiadający monosylaby, a jego jedyna refleksja nad
światem sprowadza się do regularnie powracającego dylematu: wymienić olej i filtr powietrza już teraz czy za 6 tys. km, wtedy zrobi się przy okazji rozrząd i wymieni końcówki drążków układu kierowniczego.

Para nr 2: ona – tępa dzida z zasobem 240 słów, w tym "bynajmniej" odgrywającym w jej słowniku rolę dżokera; on – może nie erudyta, ale facet na poziomie, który pomyśli, zanim powie, zmyślny, z polotem, jego główne zajęcie: spalanie się ze wstydu, kiedy jego piękniejsza połówka podejmuje próbę ułożenia zdania współrzędnie złożonego.

Para nr 3: ona – inteligentna, wrażliwa, subtelna, eteryczna, niebywałej urody, o mądrym spojrzeniu, małomówna, ujmująca w każdym calu, trochę w stylu Eli – ukochanej z rojeń Adasia Miauczyńskiego w "Dniu świra". Tylko wziąć i się zakochać; on – cham, nieuk i troglodyta o posturze fryzjera Záprdka z filmu "Zabić Sekala" i wdzięku Salwatora z "Imienia róży", z fatalną wadą wymowy oraz ilorazem inteligencji wynoszącym 3,1415926535...

No dobra, ja też spotykałem się kiedyś z pięknością, która używała "bynajmniej" zamiennie z "przynajmniej", ale wmawiałem sobie, że chyba za głośno słucham muzyki przez słuchawki i pogorszył mi się słuch. Kolega powiedział mi kiedyś:
– Widziałem cię z tą nową dziewczyną. Naprawdę ładna kobitka.
– Pewnie, że ładna. I nawet jest o czym porozmawiać. Tylko wiesz co... Ona chyba nie zna znaczenia słowa bynajmniej. Jak w tej piosence Młynarskiego...
– Daj spokój! Dla mnie to ona mogłaby mówić "wyszłeś" i "przyszłeś".

Wszyscy moi najlepsi kumple są pragmatyczni do bólu i nie dzielą niepotrzebnie włosa na czworo. Bynajmniej!

Na początku lat 90., kiedy mieszkałem na Ostrogu, widywałem małżeństwo, które poruszało się i komunikowało ze światem w rytmie powtórek akcji meczowych z lat 80., oznaczonych w rogu ekranu pulsującą literką "R" (czytelnicy koło czterdziestki wiedzą, co mam na myśli). Kiedy na dwupasmówce do Katowic jakiś kierowca zatrąbił, oboje synchronicznie obracali głowy w kierunku jezdni, co trwało jakieś 12 sekund. Musieli mieszkać blisko mnie, bo regularnie spotykałem ich na zakupach i w kolejce po kawę, w której rozwiązywałem krzyżówki i czytałem "Świat Młodych". Byłem przekonany, że są upośledzeni umysłowo, ale zawsze byli tak jakoś porządnie i gustownie ubrani. Zawsze – nawet w tej kolejce po arabikę. Kiedy odbierałem kartę motorowerową, odkryłem, że to pracownicy magistratu, co wiele mówi o początkach władzy samorządowej w wolnej Polsce. Ale to nieistotne. Najważniejsze, że doskonale się dobrali i że się kochają.

piątek, 24 lipca 2015

Mam świetny sposób dla wielu osób

Alf kandydował na urząd prezydenta USA. Wygrał wybory, ale na
niby, bo w roli kandydata pojawił się tylko we śnie pani domu, Kate Tanner
Do grona ekonomicznych analfabetów nieoczekiwanie dołączył Ryszard Petru, który oznajmił, że polska gospodarka jest w stanie dogonić niemiecką najdalej w 10 lat, a już po pięciu latach poziom życia przeciętnego Polaka będzie zbliżony do poziomu życia, do którego przywykli nasi sąsiedzi mieszkający za Odrą. Rozumiem, że dokona tego lider NowoczesnejPL wraz z gronem swoich współpracowników i umiejętnie dobranych ekspertów. Nie wiem dokładnie, na czym polega sztuczka erystyczna "Tylko my możemy sprawić, żeby Polakom żyło się tak, jak Niemcom", jestem nawet gotów założyć, że za kilka lat niektóre wskaźniki gospodarcze mogą przybliżyć się do wartości, którymi może poszczycić się niemiecka gospodarka, ale Petru zwraca się z ofertą bezpośrednio do wyborców, którzy mają prawo przypuszczać, że zgodnie z obietnicą za kilka lat – naturalnie za sprawą NowoczesnejPL – pracownik fizyczny w Polsce będzie zarabiał około 6 tys. złotych (czy też 1500 euro). Suma nie jest zawrotna, ale pamiętajmy: mówimy o wykwalifikowanym robotniku, nie o prawniku, muzykach Modern Talking i Rammstein czy napastniku Bayernu Monachium.

Nie wiem, jak to skomentować. Może tak: parę lat temu Jarosław Kaczyński i jego podopieczni po raz pierwszy zorganizowali marsz w obronie demokracji. Oczywiście 13 grudnia, ponieważ 13 grudnia 1981 roku Kaczyński nawet nie został internowany (jak 10 tysięcy innych osób z solidarnościowego podziemia) i w walkę w obronie demokracji angażował się bez większej wiary w sukces. Po 30 latach postanowił nadrobić zaległości i wyruszył na ulicę w nadziei na to, że w końcu zostanie zatrzymany. Niestety, tego misternego planu wciąż nie udaje się zrealizować. Podczas jednego z takich marszów stołeczni policjanci, zapytani przez dziennikarzy, ilu mniej więcej uczestników protestu maszerowało przez Warszawę, odpowiedzieli, że liczbę demonstrantów szacują na jakieś 15, maksymalnie 20 tysięcy. Na co organizatorzy odpowiedzieli, że było ich co najmniej 100 tysięcy. W jednym z pierwszych komentarzy pod tekstem internauta trzeźwo zauważył – excusez le mot, to cytat – "Co tam 100 tysięcy! Lekkim ch...em 500 tysięcy". I w ten właśnie sposób chciałbym odpowiedzieć panu Petru: polska gospodarka zrówna się z niemiecką nie w 10 lat, nie w pięć lat, ale w pięć miesięcy. Lekkim ch...em.

Gdyby jednak greps ze zrównaniem się poziomu życia Niemców i Polaków nie chwycił, mam dla pana Ryszarda propozycję: niech poprosi w archiwum TVP Rozrywka o odcinek serialu "Alf", w którym główny bohater startuje w wyborach na prezydenta Stanów Zjednoczonych. Głosy wyborców Alf usiłuje zdobyć hasłem: "Mam świetny sposób dla wielu osób. Dajcie mi władzę, to wam go zdradzę". Zaprezentował też parę innych językowych wygibasów, które przysporzyły mu zwolenników. Proszę się nie krępować i korzystać. Powodzenia!

PS Krzysztof Szubzda uprzedził mnie kiedyś, że w Polsce wszelkie teksty i wypowiedzi zawierające ironię należy opatrywać klauzulą, że są ironiczne, co niniejszym czynię. Naturalnie wiem, że Ryszard Petru nie jest ekonomicznym analfabetą. Jest cenionym i szanowanym ekonomistą. Nie przypuszczałem jednak, że od niedawna również populistą, który w wyścigu do parlamentu doszlusował do wyrachowanej ferajny polskich polityków gotowych złożyć dowolną obietnicę.