sobota, 19 lipca 2014

Jeśli wszystko dobrze się ułoży, usłyszymy się w niedzielę

Najpopularniejszy minicykl Kabaretu Olgi Lipińskiej „Chata rozśpiewana”
kończył się wezwaniem „Idźta przez zboże! We wsi Moskal stoi!”
Znacie to uczucie, gdy podczas rozmowy ze znajomymi wyczekujecie, kiedy w końcu rzucą to swoje ulubione powiedzonko? Zdaje się, że chyba wszyscy nadużywamy jakiegoś słowa bądź zwrotu, bez którego żadna pogawędka nie może się obejść. Moja pani od polskiego w podstawówce co chwilę wtrącała słowo „naturalnie” („Dzisiaj porozmawiamy o upodobnieniach postępowych i wstecznych oraz – naturalnie – o udźwięcznieniach i ubezdźwięcznieniach”). Często to „naturalnie” słyszałem, ale jakoś mi to nie przeszkadzało, z czasem nawet je polubiłem. W tej samej podstawówce pani od matematyki dla przeciwwagi zatraciła się w słowie „kuźwa” („Kuźwa, Bożyński, nie rozumiesz metody przeciwnych współczynników? Przecież to jest proste, kuźwa!”). Profesor od literatury powszechnej upodobał sobie „w try miga” („Do literatury europejskiej muzy wprowadził Hezjod. W try miga wyjaśnię, jak się nazywały i którymi dziedzinami sztuki oraz nauki się opiekowały”).

Według mojego rozeznania trzy najbardziej nadużywane wtrącenia to: „właśnie”, „generalnie” i „wiesz”. W raciborskich dzielnicach Brzezie, Płonia, Ocice, Markowice, Studzienna i Miedonia funkcjonuje wariant „wiysz jako” („Brzeziki zaś przejebały mecz. Spadnom do C klasy, wiysz jako?”).
Tomasz Beksiński miał zwyczaj wtrącać „proszę ja ciebie” – może nie w audycjach, ale w wywiadach już tak. Sympatyczne było to „proszę ja ciebie”. Mniej sympatyczne, a w zasadzie doprowadzające mnie do szewskiej pasji, jest „umówmy się”. Kilka lat temu jakiś idiota zaordynował, że dobrze jest od czasu do czasu wtrącić „umówmy się”, i zapanowała moda na to kretyńskie i pozbawione sensu powiedzenie. Od tego czasu naród polski nieustannie się umawia. Niekwestionowanym liderem w wypowiadaniu „umówmy się” jest Tomasz Sianecki, który w każdym „Szkle kontaktowym” musi użyć tego zwrotu, wtedy muszę wyłączyć telewizor, żeby się więcej nie denerwować.
Stanisława Ryster prowadziła
„Wielką grę” przez 31 lat
Ulubionym słowem Stanisławy Ryster, prowadzącej teleturniej „Wielka gra”, było „Wyśmienicie!” (– Jak miały na imię siostry Fryderyka Chopina? – pytała Stanisława Ryster. – Ludwika, Izabella i Emilia – odpowiadał uczestnik teleturnieju. – Wyśmienicie! – wołała pani Stanisława).

Po nieudanym meczu polskiej reprezentacji w piłce nożnej trener obowiązkowo wygłasza następujące zdanie: „Zrealizowaliśmy założenia taktyczne i stworzyliśmy dogodne sytuacje do zdobycia bramki, niestety zabrakło skuteczności”. Bez tego krótkiego podsumowania mecz reprezentacji się nie liczy, a uwaga o zrealizowanych założeniach taktycznych i braku skuteczności jest warunkiem sine qua non każdego pomeczowego komentarza.
Wiadomo, że przyzwyczajenie jest drugą naturą człowieka. Kibice polskiej drużyny narodowej przyzwyczaili się do skandowania wciąż tych samych słów zachęty, zwątpienia oraz dezaprobaty. Całą pierwszą połowę meczu zjednoczeni w trudzie zagrzewają piłkarzy gromkim „Pol-ska! Biało-czerwoni!” (zachęta). Gdzieś tak w 75. minucie już bez wiary w sukces mobilizują zespół stanowczym „Pol-ska grać! Kur-wa mać!” (zwątpienie), a w 90. minucie rozlega się znajome „Wy-pier-da-lać! Wy-pier-da-lać!” (dezaprobata).
Ulubionym zwrotem trenera Jacka Gmocha jest „Nie mówię, że nie” („W eliminacjach do mistrzostw Europy Polacy zagrają z Niemcami. Czy w październiku padnie wynik dwucyfrowy? Nie mówię, że nie”).
Równie przewidywalni są kibice Unii Racibórz, która w ostatnich latach rozpaczliwie broni się przed spadkiem z IV ligi i utrzymanie zapewnia sobie dopiero w ostatniej kolejce ligowej. Co roku w połowie czerwca, po meczu ostatniej szansy, przy ulicy Srebrnej rozlega się triumfalna pieśń „Nigdy nie spadnie! Hej Unia nigdy nie spadnie!”. Na taki doping może dziś liczyć klub, w którym karierę zaczynali Hubert Kostka i Franciszek Smuda.
Okazuje się, że również maratończycy posługują się niemal identycznymi frazami, zwłaszcza w stanie skrajnego wyczerpania. Po przebiegnięciu mniej więcej 37 kilometrów swoje przemyślenia werbalizują w następujący sposób: „Ja pierdolę... Ostatni raz... O kurwa, moje łydki... Nigdy więcej!”.

Wojciech Mann poranną audycję kończy zawsze tym samym zdaniem
Powyższe przykłady to w głównej mierze maniera językowa, zwykłe przyzwyczajenie do nazbyt częstego powtarzania pewnych słów, z którego nawet nie zdajemy sobie sprawy. Niektórzy felietoniści, redaktorzy radiowi i telewizyjni oraz twórcy estradowi mają swoje leksykalne upodobania, ale są one w pełni uświadomione, a nawet zamierzone. Wojciech Mann piątkowe „Zapraszamy do Trójki” zawsze kończy słowami: „Jeśli wszystko dobrze się ułoży, usłyszymy się w niedzielę”. Trzygodzinną, pełną inteligentnego humoru audycję pewnego razu zakończył bez tego zdania, co spotkało się z krytyką ze strony słuchaczy, którzy wydzwaniali i mailowali do redakcji z pretensjami, ponieważ uznali, że program bez tego zakończenia się nie liczy.

Jakub Strzyczkowski „Za, a nawet przeciw” niezmiennie kończy słowami: „Do usłyszenia jutro, obecność obowiązkowa”, a Marcin Kydryński w niedzielnej audycji jazzowej żegna się ze słuchaczami krótkim „Tymczasem!”. W Kabarecie Olgi Lipińskiej najpopularniejszy minicykl o rodzinie Wściekliców za każdym razem kończył się przejmującym wezwaniem „Idźta przez zboże! We wsi Moskal stoi!”. Wbrew obiegowej opinii nie jest to cytat z Mickiewicza, Słowackiego, Sienkiewicza, Gałczyńskiego ani z Wyspiańskiego. Olga Lipińska wymyśliła to zawołanie sama i dziś jest to już cytat z klasyki polskiego kabaretu.

niedziela, 6 lipca 2014

Co mają ze sobą wspólnego Isaac Newton, Pippi Langstrump i Jan Maria Rokita?

Isaac Newton...
No właśnie: co mają ze sobą wspólnego Isaac Newton, Pippi Langstrump i Jan Maria Rokita? Nic, ale przyznacie, że to pytanie Was zafrapowało. No dobra, może mają oryginalne fryzury, ale na tym podobieństwa się kończą.

W świecie nadmiaru informacji tytuł oraz początek tekstu muszą zaciekawić, wtedy jest szansa, że czytelnik zapozna się z całą treścią. Niezwykłą zdolność w przyciąganiu uwagi oraz kształtowaniu komunikacyjnych nawyków współczesnego czytelnika osiągnęły tabloidy, które już w tytułach tekstów jednocześnie przerażają, bawią i żenują. Do tabloidów doszlusowały liczne portale informacyjne, które w nieustającej walce o kliknięcie obniżają swój poziom w postępie geometrycznym. Już dawno przestały rzetelnie informować i skupiły się na klikalności. Niestety, żyjemy w czasach polityczno-plotkarskiego spamu, którym codziennie jesteśmy zarzucani, a spory narodowe toczą się o wypowiedź Ziutka, którego nagrał Dzidek. Ziutek i Dzidek chcą, by naszym życiem zawładnęły dyktat doraźności i komentarz do nieważności. Tylko od nas zależy, czy na to pozwolimy.

Oczywiście nie ma nic złego w tym, że autor tekstu chce czytelnika zaciekawić i skłonić do dalszej lektury. Jak tego dokonać? Już na wstępie należy go zaintrygować.

...Pippi Langstrump
Przyjrzyjmy się pierwszemu zdaniu Ewangelii wg św. Jana: „Na początku było Słowo, a Słowo było u Boga, i Bogiem było Słowo”. Pomińmy powielany przez wydawców oczywisty błąd interpunkcyjny. Dla początkującego teologa to zdanie jest odkrywcze i inspirujące, dla widza TV Trwam to Wielka Tajemnica Wiary, a dla wyznawcy Latającego Potwora Spaghetti to czysty bełkot. Ważne, że wszyscy czytają, bo dalej jest już tylko lepiej: spacer po wodzie, która zamienia się w wino, rozmnażanie się pieczywa oraz akwizytorzy, którzy otrzymują zakaz handlu w miejscu użyteczności publicznej, czyli w świątyni.

Jeśli już jesteśmy przy świątyni... Jak zachęcić parafian do jej sprzątania? Oryginalnie. Nieszablonowo. I za pomocą zaskakującej składni. Parafianie we wsi Bagno (województwo dolnośląskie) zapoznali się z taką odezwą: „Są duże problemy ze sprzątaniem kościoła. Dużo ludzi uchyla się od tego obowiązku, przynosząc na plebanię zwolnienia. Od tej chwili ksiądz proboszcz nie przyjmuje żadnych usprawiedliwień”. To zaledwie trzy pierwsze zdania: są problemy, jest uchylanie się, ksiądz traci cierpliwość. Czy po takim wstępie można przerwać lekturę?!

...i Jan Maria Rokita nie mają ze sobą
nic wspólnego, ale już sama sugestia,
że jednak mają, wzbudza ciekawość
Pamiętajcie: jeśli kiedykolwiek przyjdzie Wam redagować drętwy tekst, zacznijcie oryginalnie. Oczywiście nie ma recepty na intrygujący początek, a sposobów jest nieskończenie wiele. Czytelnika można spróbować rozbawić, przerazić, wzbudzić jego ciekawość, litość, odwołać się do uczuć wyższych i niższych, posłużyć się absurdem, czarnym humorem, niedorzecznością, zmanipulowanymi danymi statystycznymi i obietnicą zarobienia grubej forsy.

Jeśli choć trochę się wysilicie, możecie sprawić, że najnudniejszy tekst nieoczekiwanie stanie się atrakcyjny. Kluczem do sukcesu jest brawurowy początek. Oto przykład. W 1997 roku prezydent Kwaśniewski wymyślił, by do każdego domu i każdego mieszkania w Polsce wysłać Konstytucję RP. Przyznacie, że wysyłanie ustawy zasadniczej mieszkańcom kraju, którzy mają alergię na wszelki druk, to dość osobliwy pomysł. Rzuciłem okiem na pierwsze zdanie, które sprawiło, że dzieło pochłonęło mnie bez reszty. Autorzy konstytucji postanowili rozpocząć ją zdaniem wielokrotnie złożonym. Niesłychanie wielokrotnie złożonym! Składającym się ze 192 wyrazów! Tak działa magia pierwszego zdania...

Tym niekonwencjonalnym komunikatem ksiądz parafii
pw. Wniebowzięcia Najświętszej Maryi Panny w Bagnie
mobilizuje wiernych do sprzątania kościoła
W trosce o byt i przyszłość naszej Ojczyzny, odzyskawszy w 1989 roku możliwość suwerennego i demokratycznego stanowienia o Jej losie, my, Naród Polski – wszyscy obywatele Rzeczypospolitej, zarówno wierzący w Boga będącego źródłem prawdy, sprawiedliwości, dobra i piękna, jak i nie podzielający tej wiary, a te uniwersalne wartości wywodzący z innych źródeł, równi w prawach i w powinnościach wobec dobra wspólnego – Polski, wdzięczni naszym przodkom za ich pracę, za walkę o niepodległość okupioną ogromnymi ofiarami, za kulturę zakorzenioną w chrześcijańskim dziedzictwie Narodu i ogólnoludzkich wartościach, nawiązując do najlepszych tradycji Pierwszej i Drugiej Rzeczypospolitej, zobowiązani, by przekazać przyszłym pokoleniom wszystko, co cenne z ponadtysiącletniego dorobku, złączeni więzami wspólnoty z naszymi rodakami rozsianymi po świecie, świadomi potrzeby współpracy ze wszystkimi krajami dla dobra Rodziny Ludzkiej, pomni gorzkich doświadczeń z czasów, gdy podstawowe wolności i prawa człowieka były w naszej Ojczyźnie łamane, pragnąc na zawsze zagwarantować prawa obywatelskie, a działaniu instytucji publicznych zapewnić rzetelność i sprawność, w poczuciu odpowiedzialności przed Bogiem lub przed własnym sumieniem, ustanawiamy Konstytucję Rzeczypospolitej Polskiej jako prawa podstawowe dla państwa oparte na poszanowaniu wolności i sprawiedliwości, współdziałaniu władz, dialogu społecznym oraz na zasadzie pomocniczości umacniającej uprawnienia obywateli i ich wspólnot”.


192 wyrazy! Nawet w brytyjskiej konstytucji nie ma 192-wyrazowego zdania. Może dlatego, że Brytyjczycy jej nie mają.

piątek, 20 czerwca 2014

Mundialowy słownik frazeologizmów i zwrotów okołofutbolowych

Oscar Boniek García Ramírez – polski akcent brazylijskiego mundialu.
Ten 30-letni reprezentant Hondurasu (Ameryka Środkowa) drugie imię
otrzymał na cześć Zbigniewa Bońka
Portugalczycy wrócili z dalekiej podróży.
To tylko zażegnanie niebezpieczeństwa pod portugalską bramką, a nie relacja z zakończenia udanej wyprawy konkwistadorów w Azji Południowo-Wschodniej.

Dante przeczytał Hondę.
Zdanie pozornie absurdalne, sugerujące, że autor „Boskiej komedii” zapoznał się z prospektem emisyjnym korporacji motoryzacyjnej. W rzeczywistości brazylijski obrońca Dante Bonfim Costa (grający na co dzień w Bayernie Monachium) zapobiegł dośrodkowaniu Keisuke Hondy (skrzydłowego CSKA Moskwa).

Neapolitańczyk skasował Japończyków.
Mogłoby się wydawać, że to opis porachunków mafiosów kamorry i jakuzy. Jeśli usłyszycie takie zdanie, możecie być pewni, że Lorenzo Insigne przerwał akcję Japończyków i nikt przy tym nie zginął.

Neymar zagrał piłkę na krótki słupek.
Wysokość słupków jest identyczna i wynosi 2,44 m. Umowna zmienna długość słupków jest uzależniona od tego, z której strony ustawiony jest bramkarz i z której strony boiska biegnie napastnik. Bramkarz ustawia się przy tym słupku, który jest bliżej nadbiegającego piłkarza. Wtedy ten słupek nazywa się krótkim, a ten dalszy długim.

Steven Gerrard uderzył po długim rogu.
Nie ma tutaj mowy o aluzji, jakoby żona bramkarza miała problem z wiernością. Długi róg to ten z narożników bramki, który jest bardziej odległy dla zbliżającego się z piłką zawodnika.

Fernando Muslera umiejętnie skrócił kąt.
Nie chodzi o zajęcia wyrównawcze z geometrii w jednej z podstawówek w Montevideo, lecz o interwencję urugwajskiego bramkarza, który w sytuacji 'sam na sam' wychodzi do napastnika, zmuszając go do strzału bądź dryblingu.

Arjen Robben idealnie skleił piłkę.
Takie zdanie może sugerować, że oglądamy holenderską wersję programu telewizyjnego „Zrób to sam”, który przez 24 lata prowadził Adam Słodowy. 'Skleić piłkę' w piłkarskim żargonie to inaczej doskonale ją przyjąć, tak by nie odskakiwała.

Honduranie postawili autobus.
W żadnym wypadku nie jest to zaproszenie na autokarową wycieczkę po Ameryce Środkowej, tylko rozpaczliwa obrona z udziałem 11 zawodników w polu karnym.

Tim Cahill poszedł na przebitkę z Sergio Ramosem.
Prawdziwy Boniek, urodzony 58 lat temu w Bydgoszczy (Polska północna)
Australijczyk z Hiszpanem nie grają w tysiąca ani w brydża. Przebitka to ruszenie w kierunku piłki bez zamiaru strzału. Ma miejsce wtedy, gdy dwóch zawodników w tym samym momencie atakuje piłkę. W takich sytuacjach często zdarza się, że piłka po kopnięciu przez jednego z nich odbija się od drugiego bądź nawet kilkukrotnie od jednego i drugiego. Jest w tym oczywiście wiele przypadku. 'Pójście na przebitkę' oznacza więc, że zawodnik nie przestraszył się nadciągającego przeciwnika i do końca atakował piłkę, która po chwilowym zamieszaniu odbiła się z korzyścią dla jednego z zawodników.

Opole, Gliwice, Tczew, Rio de Janeiro, Racibórz, Mampong (Ghana), Santo André (Brazylia), Bosanska Gradiška (Bośnia i Hercegowina).
To nie jest gra w 'państwa-miasta'. W tych miejscowościach urodzili się i wychowali niektórzy reprezentanci Niemiec.

Zadaniem Perišicia jest czyszczenie przedpola.
Brzmi jak zakres obowiązków gastarbeitera z Bałkanów zatrudnionego u bauera w Dolnej Saksonii, ale to tylko główne zadanie defensywnego pomocnika reprezentacji Chorwacji.

Suárez i Hernández rozklepali Anglików.
Nie jest to podsumowanie bójki przed londyńskim pubem pomiędzy Latynosami i miejscowymi, tylko udana wymiana podań urugwajskich napastników, którzy za pomocą szybkich zagrań wewnętrzną częścią stopy (z tzw. klepy, pierwszej piłki, czyli bez przyjęcia) mijają kolejnych Anglików.

środa, 18 czerwca 2014

Algebra wyższa w służbie futbolu

Piłka nożna to nie tylko hat tricki, kornery i no-look passy. Piłka
nożna to również pierwiastki, kosinusy i permutacje
Podczas każdego mundialu z niecierpliwością czekam na zakończenie drugiej rundy rozgrywek grupowych, kiedy komentatorzy oraz specjaliści od prawdopodobieństwa warunkowego i kombinatoryki z zapałem przystępują do analizy szans na awans poszczególnych reprezentacji.

Z każdej grupy wychodzą dwie drużyny. Jak wiadomo, każdy gra z każdym, zatem wszystkie drużyny rozgrywają po trzy mecze. Za wygraną są 3 punkty, za remis 1 punkt, za przegraną obelgi od kibiców. Maksymalnie można zdobyć 9 punktów.

W potocznej świadomości kibica utrwaliło się przekonanie, że awans mogą zapewnić minimum trzy punkty (i to przy sprzyjającej kombinacji rezultatów w danej grupie). Dość często pozwala na to dorobek czteropunktowy, a pięć punktów to już sytuacja komfortowa. Co jak co, ale sześć punktów to murowany awans!

To oczywiście nieprawda. Sześć punktów może nie wystarczyć, z kolei dwa punkty mogą otworzyć drogę do fazy pucharowej. Teoretycznie. Ale mogą! Hipotetycznie... Ale mogą!!!

Wariant, w którym trzy zespoły gromadzą po 6 punktów:

Polska > Anglia
Niemcy < Czechy
Polska > Niemcy
Anglia > Czechy
Czechy > Polska
Niemcy < Anglia

Polska: 6 punktów (3,3,0)
Anglia: 6 punktów (0,3,3)
Niemcy: 0 punktów (0,0,0)
Czechy: 6 punktów (3,0,3)

Odpadają źli Niemcy i drużyna z niekorzystnym bilansem bramkowym (mimo że zdobyła aż 6 punktów).

Wariant, w którym trzy zespoły gromadzą po 2 punkty:

Polska = Anglia
Niemcy > Czechy
Polska < Niemcy
Anglia = Czechy
Czechy = Polska
Anglia < Niemcy

Polska: 2 punkty (1,0,1)
Anglia: 2 punkty (1,1,0)
Niemcy: 9 punktów (3,3,3)
Czechy: 2 punkty (0,1,1)

Tym razem paskudni Niemcy triumfują. Wraz z nimi do fazy play-off awansuje drużyna z najkorzystniejszym bilansem bramkowym (mimo że uciułała zaledwie 2 punkty).

poniedziałek, 9 czerwca 2014

Państwo na literę T (nad Oceanem Śródziemnomorskim)

Turcja leży nad Morzem Śródziemnym.
Niektórzy twierdzą, że nad Oceanem Śródziemnomorskim
Chyba wszyscy przeżywamy czasem takie okropne chwile, kiedy poziom żenady dobiegający z telewizora czy radia przekracza nasze zdolności percepcji. Wtedy pospiesznie przełączamy na inny kanał bądź wyłączamy radioodbiornik. Trudno takie zachowanie racjonalnie wytłumaczyć, wszak osobiście nie mamy z ową żenadą nic wspólnego: przecież nie kompromituje się nasza siostrzenica Magdalena ani wujek Joachim. Mimo wszystko skręcamy się w fotelu, zakrywamy oczy i uszy, wreszcie psychicznie nie wytrzymujemy i przełączamy na inny program.

Po obejrzeniu kolejnej żałosnej pyskówki polityków zastanawiamy się: to brawurowy pastisz, sztubackie wygłupy czy też to wszystko było na poważnie...? Przyznajcie, że nieraz nie byliście w stanie przełączyć na inny kanał. Wsłuchujecie się w ten język pełny karkołomnych konstrukcji gramatycznych, o składni swobodnej, ubogim słownictwie i nie znajdujecie w sobie siły, by przestać to oglądać. To jak hipnoza.

Kiedyś zahipnotyzowała mnie młoda dama, która prowadziła nocny program zgadywankowy. Każdy! Każdy z was choć raz oglądał taki program! Prowadząca, ponętna białogłowa, zachęcała telewidzów do odgadnięcia prostego rebusu. Myślę, że nawet telewidz z IQ 60 już po chwili wiedział, że rozwiązaniem zagadki jest Turcja, ale przecież nie o rozwiązanie w takich konkursach chodzi, tylko o to, żeby widzowie wydzwaniali i w oczekiwaniu na połączenie płacili 7 zł plus VAT za każdą minutę.
Powiedzieć, że to dziewczę było ograniczone umysłowo, to nic nie powiedzieć. Przez kwadrans jej buzia się nie zamykała, pomimo to nie zdołała ułożyć przynajmniej jednego zdania współrzędnie złożonego, zaprezentowała za to nad wyraz żenujący słowotok, a swoją zdumiewającą ignorancję nadrabiała zaangażowaniem. Kiedy już zamierzałem wyłączyć telewizor, niewiasta zakończyła swój strumień świadomości zdaniem: „Na pewno wiedzą państwo, o który kraj chodzi: ma sześć liter, zaczyna się na 'T' i leży nad Oceanem Śródziemnomorskim”. Uśmiechnęła się przy tym frywolnie i jeszcze raz podała numer telefonu, zachęcając do dzwonienia.

Nieraz się zastanawiam, co słychać u tej dziewczyny. Czy zrobiła karierę w telewizji? Czy nadal wypowiada zdania pozbawione składni? Czy neurony w mózgu przestawiły się w jakiś bardziej obiecujący układ? Niektóre pytania powinny pozostać bez odpowiedzi...

Wielu z nas wyrzuca sobie braki w wykształceniu. Sporządzamy listę lektur, po które koniecznie musimy sięgnąć, i przysięgamy sobie, że na pewno te książki przeczytamy. Zachowujemy się jak Adaś Miauczyński, który w filmie „Nic śmiesznego” spogląda na siebie samokrytycznie i gorzko podsumowuje swoje życie:

I jak ja stanę przed Bogiem? Czy bogami może? Co będę prezentował, gdy przestanę być? Jaki będę miał bilans? Jakie winien i ma? Humanista bez łaciny i greki, inteligent bez choćby angielskiego, rosyjski słabo i w razie czego Danke schön, z ledwie liźniętą rodzimą klasyką, która mnie zresztą żenuje i nudzi, z nieprzeczytaną Biblią, ledwie zaczętym Proustem, Joyce’em, bez obejrzanych teatrów i filmów, bez prawie wszystkiego zresztą, czego nie było w telewizji...

W Stanach Zjednoczonych ukazuje się 1480 dzienników.
Kandydatka republikanów na urząd wiceprezydenta nie potrafiła
wymienić ani jednego tytułu prasowego
Niepotrzebnie ulegamy podobnym nastrojom. Politycy nie przeżywają takich rozterek i wiodą szczęśliwe życie. Wielu z nich publicznie prezentuje wiedzę ogólną na poziomie gimnazjum specjalnego, doskonale wpisując się w galopujący infantylizm naszych czasów.

Przykłady? Kandydatka na urząd wiceprezydenta Stanów Zjednoczonych przekonywała osłupiałych dziennikarzy, że rolę premiera Wielkiej Brytanii pełni królowa Elżbieta II. Nigdy nie słyszała o Systemie Rezerwy Federalnej. Zapytana podczas kampanii prezydenckiej o stosunki USA z Rosją odpowiedziała, że zna się na tym, bo – cytuję! – „Rosję prawie widać z Alaski”. Nie potrafiła wymienić żadnej gazety, którą czyta. Żadnej! Nie znała ani jednego tytułu prasowego ukazującego się w Stanach Zjednoczonych.

Wielu polskich polityków (od lewa do prawa) nie zaprząta sobie głowy takimi drobiazgami jak znajomość przełomowych wydarzeń w historii kraju. Jedni bez mrugnięcia okiem zapewniają, że powstanie warszawskie wybuchło w 1988 roku, a stan wojenny wprowadzono w 1989. Inni na pytanie, kiedy Polska wstąpiła do Unii Europejskiej, uśmiechają się uroczo i odpowiadają, że w latach 80.

I to jest – moi drodzy – właściwe podejście do życia. Uśmiech i pogoda ducha przede wszystkim! Ponuraki niech czytają książki i wkuwają daty, jeśli są tacy głupi. Ludzie sukcesu niechaj robią w telewizji i polityce karierę. Zamiast czytania książek niech miło spędzają czas nad Oceanem Śródziemnomorskim!

sobota, 24 maja 2014

O tym, jak nie pojechałem na mundial

Chorzów, 17 listopada 2007. Mecz eliminacyjny do mistrzostw Europy.
Polska wygrała z Belgią 2:0 i pojechała na turniej. Oczywiście nie wyszła
z grupy. Oczywiście przez Niemców (Zdjęcie: Wacław Troszka)
Osiem lat temu, około godziny ósmej wieczorem i chyba po ósmym piwie ustaliłem z kolegami, że powinniśmy pojechać na mistrzostwa świata w piłce nożnej, ponieważ miały się odbyć w Niemczech. Tak blisko jeszcze nigdy nie było. Wybierzemy miasto jak najbliżej granicy, wsiądziemy do pociągu i poczujemy atmosferę mundialu. Do układu z Schengen Polska miała wejść dopiero pod koniec 2007 roku, zatem potrzebne były paszporty. Ważność mojego właśnie się kończyła, więc udałem się do stosownego urzędu celem wyrobienia nowego.

Pozostało zgłosić grupę czterech osób, wybrać miasto i określić, który mecz nas interesuje, np.: pierwszy mecz grupy A w Monachium; ćwierćfinał w Hamburgu; finał w Berlinie. Na wstępie zrezygnowaliśmy z fazy pucharowej, ponieważ ceny biletów nie korelowały z naszymi możliwościami finansowymi. W miarę przystępne były ceny biletów na mecze grupowe. Losowanie odbywało się w ciemno i nie było wiadomo, na jakie drużyny trafimy. Wykoncypowaliśmy, że pojedziemy do Lipska (bo blisko) na ostatni mecz w grupie D (bo w ostatnim meczu grupowym drużyny nie będą kalkulowały i zagrają ofensywnie), który miał się odbyć 21 czerwca 2006 roku.

Puściliśmy wodze fantazji i już widzieliśmy siebie na trybunach popijających piwko i oglądających bądź to mecz Polska – Niemcy, a może Anglia – Szwecja. Niewykluczone, że będziemy obserwować zmagania Argentyny z Holandią albo Brazylii z Chorwacją. Napaliliśmy się na te mistrzostwa jak szczerbaty na suchary i oczywiście dopuszczaliśmy możliwość, że nie wylosujemy wejściówki na hit i w ostateczności możemy trafić na mecz Francja – Szwajcaria lub Australia – Japonia. Niestety, nie przypuszczaliśmy, że los tak okrutnie zakpi z naszych mundialowych marzeń i zaserwuje nam widowisko Iran – Angola. Aż dziw bierze, że te reprezentacje zakwalifikowały się do turnieju! Przejrzeliśmy na spokojnie listę uczestników mundialu i jednomyślnie orzekliśmy, że wśród 32 reprezentacji nie ma równie beznadziejnych, nic nieznaczących i bezbarwnych drużyn, które zresztą solidarnie odpadły już w ósmym dniu mistrzostw.

Na szczęście nie wylosowaliśmy tej czteroosobowej wejściówki, a mundial obejrzeliśmy w kraju. O ile Iran i Angola zachowywały iluzoryczne szanse na awans ponad tydzień, to reprezentacja Polski straciła je tak naprawdę w 80. minucie pierwszego meczu, kiedy Ekwador strzelił nam drugą bramkę. Naturalnie drugi mecz, z Niemcami, przegraliśmy. Naturalnie bramkę straciliśmy, jak to z Niemcami, w 91. minucie. Przed ostatnim meczem (z Kostaryką) w przedmeczowym studiu pojawili się spece od permutacji, prawdopodobieństwa warunkowego i kombinatoryki, którzy zapewniali widzów, że nie wszystko stracone. Co prawda Bosacki strzelił dwie bramki, ale do szczęścia zabrakło wygranej Ekwadoru z Niemcami 5:0 i wycofania się gospodarzy z mistrzostw.

sobota, 17 maja 2014

Siostra Tracy, siostra Trixie

Stephanie (Tracy) i Frank (Tom). Po godzinach zamieniają się w detektywów
Oglądałem dziś film dokumentalny „Polacy w Rzymie i Watykanie”. Odcinek poświęcono zakonnicom, które opowiadały o swojej pracy: o tym, jak gotują pierogi dla Gwardii Szwajcarskiej, jak pielęgnują Ogrody Watykańskie, jak śmigają po Rzymie fiatami punto i załatwiają rozmaite sprawy. Snuły opowieści o Watykanie, o swojej wierze, o potrzebie modlitwy. Zakonnice były w różnym wieku: koło trzydziestki, ale też pod siedemdziesiątkę. Kiedy oglądam podobne dokumenty albo czytam reportaże o życiu zakonnym, próbuję wychwycić choć jedno normalne imię tej czy innej służebnicy Pańskiej. To niemożliwe. Zwróciliście uwagę, że wszystkie siostry zakonne nazywają się tak jakoś dziwnie? Zawsze jest jakaś siostra Macieja, siostra Irmina, siostra Eufemia czy inna Scholastyka. Całym tym zgromadzeniem zwykle zawiaduje matka przełożona Hieronima bądź Marcjanna. Spotkaliście kiedyś siostrę Dżesikę albo siostrę Amandę? Czy ktoś z was miał religię z siostrą Pamelą albo z siostrą Sandrą? Ja nie... Odkąd pamiętam, w habicie zawsze była Marcelina bądź Faustyna, nigdy Mariola albo Vanessa. Nigdy!


Trixie i jej bliźni Hank rozmawiają o życiu
Pod koniec lat 80. w Telewizji Polskiej można było zobaczyć amerykański serial „Detektyw w sutannie”, w którym misiowaty ksiądz Frank Dowling (Tom Bosley) wespół z młodziutką i zgrabną siostrą zakonną Stephanie Oskowski rozwiązywał kryminalne zagadki. No właśnie... Stephanie. Czyli Stefania. Nie mogła mieć na imię jakoś normalnie? Na przykład tak jak odtwórczyni tej roli, Tracy Nelson? Siostra Tracy brzmi znacznie lepiej. Albo Trixie. To imię wykorzystano w innym serialu, 20 lat później. Trixie w „Californication” również miłowała swych bliźnich, choć trzeba doprecyzować, że ukojenie, które oferowała, nie do końca miało charakter duchowy. I niekoniecznie bezinteresowny.