sobota, 17 października 2015

Podróże kształcą, czyli ucz się języków

Jan Himilsbach nie zamierzał zostać z tym angielskim jak chuj
Tłumaczyliście kiedyś bułgarskiemu kierowcy, jak ma dojechać pod wskazany adres? Ja też nie, ale warto być na taką ewentualność przygotowanym.

Niewykluczone, że Bułgar okaże się poliglotą, z którym porozmawiacie w dowolnym języku, ale obstawiałbym, że porozumiewa się ze światem wyłącznie po bułgarsku i przejawia umiarkowany entuzjazm do nauki języków obcych. Podobnie jak Jan Himilsbach, który otrzymał propozycję zagrania w zagranicznej produkcji. Nie dość, że angaż nie był pewny, to reżyser postawił mu warunek: w ciągu paru tygodni ma przyswoić podstawy angielskiego i zaznajomić się z wymową tego języka. Himilsbach przemyślał propozycję i odpowiedział: – No dobra, nauczę się. A co będzie, jeśli nie dostanę tej roli? Zostanę jak chuj z tym angielskim.

Może się zdarzyć, że o pomoc w dotarciu do celu poprosi was Bułgar, który nie chciał zostać chujem. Bułgarski należy do języków słowiańskich, ale zachowajcie czujność! Pamiętajcie, że po bułgarsku „prawo” oznacza kierunek „na wprost”. Kiedy zawodzi komunikacja werbalna, wielu stawia na międzynarodowy język ciała, jednak niech was nie zmyli potakiwanie głową, ponieważ Bułgarzy w ten sposób zaprzeczają. Kiedy coś potwierdzają, kręcą głową na boki.

O tym, że nieznajomość języków obcych może utrudnić życie w podróży, przekonali się kibice Manchesteru City, którzy w 2003 roku wyruszyli do Polski na mecz z Groclinem Grodzisk Wielkopolski w III rundzie Pucharu UEFA. Anglicy nie doczytali, z kim gra ich klub, i pojawili się w Gorzowie Wielkopolskim. Za nic nie chcieli uwierzyć, że mecz odbędzie się w oddalonym o 130 km Grodzisku. Kiedy w drodze na stadion przemierzali gminne drogi, a oczom ich ukazał się bursztynowy świerzop, gryka jak śnieg biała, gdzie panieńskim rumieńcem dzięcielina pała, a wszystko przepasane jakby wstęgą, miedzą, zieloną murawą, wokół której kibice siedzą, byli zdumieni, że ich wielki Manchester mierzyć się będzie z jakimś przysiółkiem na końcu świata. Zdziwili się po raz drugi, kiedy zostali przez ten przysiółek wyeliminowani z europejskich pucharów.

Podobną przygodę przeżyli piłkarze Polonii Warszawa, którzy w 2000 roku jako aktualni mistrzowie Polski przybyli do 6-tysięcznego Kietrza na Opolszczyźnie, by rozegrać mecz Pucharu Ligi z drugoligowym Włókniarzem. Długo krążyli po okolicznych miejscowościach, aż w końcu dotarli na miejsce. Polonia przegrała 2:3, a Maciej Szczęsny powiedział, że na pewno zapamięta, gdzie leży Kietrz.

Czy ten tekst ma jakąś puentę? „Podróże kształcą, tylko najpierw trzeba trochę pobłądzić”. Bez sensu... Może taką: „Nie bądź chujem, ucz się języków”. Nie, to przecież nielogiczne, bo Himilsbach nie chciał zostać chujem, dlatego nie zamierzał uczyć się angielskiego. O puentę jak zwykle musicie zatroszczyć się sami.

niedziela, 11 października 2015

Gorzej nam się stało, czyli kręcimy się w lewo

Poniższy tekst zawiera elementy ironii i przedstawia dwa miasta w krzywym zwierciadle. Jeśli jesteś mieszkańcem Rybnika lub Raciborza oraz lokalnym patriotą w wąskim rozumieniu tego pojęcia, o inklinacjach izolacjonistycznych, masz osobowość karty bibliotecznej i za grosz dystansu do siebie, zrezygnuj z lektury.

Warszawa – Kraków. Bydgoszcz – Toruń. Radom – Kielce. Katowice – Sosnowiec. Zielona Góra – Gorzów Wielkopolski. Zapewne domyślacie się, co oznaczają te zestawienia. Eufemistycznie rzecz ujmując, mieszkańcy tych miast darzą się wzajemnie umiarkowaną sympatią. Czy podobnie jest z Rybnikiem i Raciborzem? Nie sądzę. Mieszkam w Raciborzu, kilkanaście lat pracowałem w Rybniku i nigdy nie zaobserwowałem między mieszkańcami tych miast wrogości czy choćby niechęci. Szałociorze (raciborzanie) i ryle (rybniczanie) żyją w społecznej i kulturowej symbiozie, ale pamiętajmy, że prawienie drobnych złośliwości to nasz sport narodowy, z którego tak łatwo nie rezygnujemy.

„Noce i dnie”, „Czas apokalipsy”

RACIBÓRZ. Pomnik Matki Polki, za pomnikiem Odra, za Odrą zamek książąt
raciborskich, w którym urzędował niejaki Plątonogi. Tym przydomkiem
inspirują się miejscowi piłkarze, którzy utknęli na dobre w IV lidze
Zanim przystąpię do analizy porównawczej szałociorzy z rylami, wyjaśnię Czytelnikom spoza regionu, skąd wzięły się te określenia: szałociorze dlatego, że Raciborszczyzna słynie z żyznych gleb i upraw rolnych (w tym sałaty), a także łąk zielonych, szeroko nad Odrą rozciągnionych, pól malowanych zbożem rozmaitem, wyzłacanych pszenicą, posrebrzanych żytem. Aż dziw bierze, że Jerzy Antczak nie zdecydował się na kręcenie tutaj „Nocy i dni”. Dlaczego ryle? Bo Rybnik to miasto górnicze, choć wcale na takie nie wygląda, a 'ryl' to mało sympatyczne określenie górnika dołowego. Rybnik od lat zmaga się z zanieczyszczeniem atmosferycznym, które jesienią i zimą objawia się smogiem. Raciborzanie żartują, że rybnickie powietrze przed powąchaniem należy przegryźć. Aż dziw bierze, że Coppola nie kręcił tutaj „Czasu apokalipsy”. Rybnik jest zakręcony na punkcie ruchu okrężnego. To najbardziej urondowione miasto w Polsce w przeliczeniu tych owalnych skrzyżowań na liczbę mieszkańców. Są funkcjonalne, dobrze wyprofilowane i pomysłowo zaaranżowane. Ale w Raciborzu za to śmieszniejsze. I wprawiające w konfuzję – jak na przykład rondo na ulicy Słowackiego, które ma 200 centymetrów średnicy. Za to na placu Mostowym ma 200 metrów, zatem średnia jest w normie. Racibórz słynie z nieszablonowych rozwiązań komunikacyjnych. Gdybyście zechcieli wydostać się w godzinach szczytu spod wiaduktu na ulicy Piaskowej w kierunku Czech, to lepiej zatankujcie do pełna, bo to może trochę potrwać. Kiedy już skręcicie w lewo, lepiej trzymajcie się prawego pobocza, bo jadące z naprzeciwka samochody przekraczają oś jezdni, którą wytyczył specjalista od slalomu giganta. Teraz się zatrzymajcie, bo musicie przepuścić kierowców wyłaniających się zza waszych pleców z prawej strony. Trudno ich dostrzec w lusterku, ponieważ stoicie pod kątem do jezdni z pierwszeństwem przejazdu. Jak już wstrzelicie się w ruch, to od razu dajcie po hamulcach, bo znajdujecie się na przejściu dla pieszych. Na którym zawracają kierowcy wjeżdżający na kolejową rampę, unikając w ten sposób objeżdżania kwartału miasta. Tacy spryciarze! Czasem, kiedy tamtędy spaceruję, przypatruję się kierowcom na obcych numerach i malującemu się na ich obliczach zdumieniu. To skrzyżowanie jest bez wątpienia atrakcją miasta. Na szczęście niejedyną.

Neogotyckie obiekty odosobnienia dla zakręconych

Rybnik nie ma tak śmiesznych skrzyżowań, za to bez przerwy skręcamy w lewo. Z ronda Gliwickiego zmierzamy w kierunku stadionu żużlowego, na którym przewidziano wyłącznie ruch w lewo: w każdym meczu ligowym 15 biegów po cztery okrążenia, co daje sumę 60 okrążeń. Po drodze mijamy neogotycki szpital psychiatryczny, którego podopieczni są mniej lub bardziej zakręceni. Racibórz także dysponuje neogotyckim obiektem odosobnienia. To zakład karny przy ulicy Eichendorffa, którego pensjonariusze również znaleźli się na życiowym zakręcie. Biorąc pod uwagę, że jest to jedno z cięższych więzień w kraju, stosowniejsze będzie określenie: na ostrym życiowym wirażu. Na nieco łagodniejszym wirażu znajdują się podopieczni zakładu poprawczego przy ulicy Wojska Polskiego.

Pięciokrotne mistrzynie, 12-krotni mistrzowie

RYBNIK. Rondo Powstańców Śląskich. Wszystkie ronda w Rybniku
są odjechane jak skecze na Rybnickiej Jesieni Kabaretowej
Przez Racibórz płynie Odra, druga pod względem długości rzeka w Polsce (854 km). Przez Rybnik płynie Nacyna (taki strumyk o długości 854 metrów). Rybnik może poszczycić się okazałą bazyliką św. Antoniego z 1906 roku, z kolei raciborzanie podkreślają, że w tutejszym klasztorze Dominikanów, który powstał w 1246 roku, zapisano pierwsze polskie zdanie: „Gorze szą nam stało” (Gorzej się nam stało), które wypowiedział książę Henryk Pobożny w obliczu nadciągającej klęski podczas bitwy pod Legnicą. Niektórzy rybniczanie uważają, że ta niezbyt optymistyczna diagnoza to znakomite hasło promocyjne, trafnie oddające rzeczywistość raciborzan. Te przytyki są nie na miejscu, jeśli przypomnimy, skąd pochodzi Adam Fudali, jeden z bardziej szanowanych prezydentów Rybnika, który pełnił tę funkcję 16 lat. Tak, z Raciborza. Nie mamy szczęścia do włodarzy... Jak już pojawi się ktoś na poziomie, to nieoczekiwanie zostaje prezydentem innego miasta albo wojewodą. Jeden z pierwszych zawiadowców grodu nazywał się Mieszko I Plątonogi. To wiele wyjaśnia, dlaczego raciborscy piłkarze od lat bronią się przed spadkiem z IV ligi, ale dodajmy, że w latach 1963-1965 grali w ekstraklasie i w składzie mieli Franciszka Smudę. Tak, tego Franza, który będąc trenerem odnosił liczne sukcesy i który jako selekcjoner reprezentacji kraju koncertowo przepieprzył Euro 2012, zajmując ostatnie miejsce w najsłabszej grupie. Rybniczanie występowali w ekstraklasie aż siedem sezonów. Nigdy nie zostali mistrzami kraju. A piłkarki z Raciborza zostały. Pięciokrotnie. Z rzędu. Za to rybniccy żużlowcy są 12-krotnymi drużynowymi mistrzami Polski. Przyznaję, że speedwaya zazdroszczę rybniczanom najbardziej. Jeśli znacie ten sport tylko z telewizji, to koniecznie naprawcie ten błąd i wybierzcie się na mecz ligowy przy Gliwickiej 72.

Racibórz rywalizuje z Rybnikiem na wielu polach. Wyraz 'pole' pojawia się nieprzypadkowo, bo tym razem chodzi o konkurencję: najbardziej wsiowa nazwa dzielnicy. Rybnik ma Stodoły. Racibórz? Oborę.

Rybnicka Jesień Kabaretowa vs. wybory samorządowe w Raciborzu

Rybnikowi zazdroszczę również Rybnickiej Jesieni Kabaretowej. Niekoniecznie tej znanej szerszej publiczności z niedzielnego programu nagrywanego w Teatrze Ziemi Rybnickiej, tylko tej z piątkowych i sobotnich wieczorów w Klubie Energetyka. Każdego roku można zobaczyć kilkadziesiąt premierowych skeczy, a wiele z nich tak odjechanych i tak po bandzie, że nie nadają się na ogólnopolską antenę. Zdobycie wejściówek na piątek i sobotę można porównać do uzyskania prywatnej audiencji u papieża. Ryjek to kapitalna impreza, ale najśmieszniejszy skecz, jaki widziałem na żywo, odegrano w Domu Kultury „Strzecha” w Raciborzu w 2006 roku i miał tytuł „Debata prezydencka”. Kampania wyborcza w Raciborzu jest zawsze groteskowa, a prezentacja niektórych kandydatów przyprawia o mdłości i wzbudza zażenowanie. Spoty reklamowe i billboardy wyborcze w Raciborzu powodują niekontrolowany rechot połączony z niedowierzaniem – jak skecze kabaretów Dno i Smile w kategorii „hardkor” na Ryjku. Tak się składa, że obie nazwy kabaretów nawiązują do poziomu kampanii wyborczej w Raciborzu, a niektórych tutejszych samorządowców z powodzeniem mogłyby zastąpić koszatniczki i chomiki. Zresztą paru z nich przypomina te gryzonie.

Na koniec garść statystyk. Liczba mieszkańców: 56 tysięcy (szałociorze), 137 tysięcy (ryle). Powierzchnia powiatu: 543 km kw. (szałociorze), 223 km kw. (ryle). Prawa miejskie: 1217 rok (szałociorze), 1327 rok (ryle). Medale olimpijskie: Hubert Kostka – złoto, Monachium 1972, Ryszard Wolny – złoto, Atlanta 1996 (szałociorze), Andrzej Cofalik – brąz, Atlanta 1996 (ryl).

Komunikat dla szałociorzy: Stan wody Odry układał się w górnej strefie stanów średnich i wynosił w Raciborzu-Miedoni 439 centymetrów. W ciągu ostatniej doby ubyło 15.

Komunikat dla ryli: Średniodobowe stężenie pyłu zawieszonego osiągnie wysokie wartości. W godzinach wieczornych przekroczy 1200 procent normy.

niedziela, 4 października 2015

Tajemnica ósmego przykazania

Regularnie podejmuję próby mijania się z prawdą, ale jestem w tym tak
wiarygodny jak Larry (Woody Allen) podający się za gliniarza. Na zdjęciu
z Carol (Diane Keaton), która wciągnęła męża w kryminalną awanturę
Dosłowne i uporczywe przestrzeganie dekalogu może wywrócić życie siedmiolatka do góry nogami. Kiedy siostra Justyna oznajmiła na lekcji religii, że zawsze należy mówić prawdę, zapewne nie zdawała sobie sprawy, że zaszczepiła we mnie weredyzm. I to w wersji ortodoksyjnej. Bardzo polubiłem siostrę Justynę (wpisała się do mojego pamiętnika!) i postanowiłem, że sprostam wymaganiu, by nigdy, ale to nigdy nie skłamać. Po pierwsze, takim postępowaniem uraduję serce Pana Jezusa, po drugie, za dozgonną prawdomówność jeden, święty, powszechny i apostolski Kościół obiecuje życie wieczne w niebie. Uczciwie przedstawione warunki i przejrzystość argumentacji trafiły na podatny grunt. Wiedziony perspektywą życia w niebie nie spostrzegłem, że w moim życiu doczesnym rozpętało się prawdziwe piekło.

Pierwszą lekcję z konsekwencji bycia prawdomównym przerobiłem na WF-ie. Zgodnie z wolą Ducha Świętego oraz ducha fair play podczas gry w nogę przyznałem się do zagrania ręką w swoim polu karnym. Kiedy kolega z drużyny przeciwnej skwapliwie ustawiał piłkę na 11. metrze, koledzy z mojej drużyny zgodnie orzekli, że powinienem się leczyć, i wyjaśnili, że drobne oszustwa i boiskowe cwaniactwo to nieodłączne elementy gry w piłkę nożną. Zdałem sobie wtedy sprawę, że bezwzględne trzymanie się ósmego przykazania szalenie skomplikuje moje życie.

Mimo przeciwności wytrwałem w postanowieniu, ale z przykrością zaobserwowałem, że moja prawdomówność bywała źródłem cierpienia bliźnich. Gdzieś tak w połowie podstawówki kuzynka po raz pierwszy samodzielnie upiekła ciasto i cała rodzina prześcigała się w komplementach, jaki to bajeczny smakołyk. Poproszony o opinię jako jedyny z całego towarzystwa zdobyłem się na szczerość i powiedziałem, że dawno nie jadłem czegoś tak paskudnego. Nigdy nie zapomnę tych spojrzeń... I bezgranicznego żalu w oczach kuzynki... Tego było już za wiele! Upewniłem się, czy rzeczywiście zawsze muszę mówić prawdę. Rodzice, dziadkowie i ksiądz Józef nie pozostawiali złudzeń. Zawsze.

Jak zapewne się domyślacie, życie zweryfikowało moje zobowiązanie z początku podstawówki i szczerością zacząłem gospodarować jak każdy normalny człowiek, bo przecież czasem stajemy w obliczu takich sytuacji, w których po prostu należy być umiarkowanie prawdomównym. Niestety, z prawdą mijam się tak nieudolnie jak Woody Allen w filmie "Tajemnica morderstwa na Manhattanie", w którym Larry (Woody Allen) i Carol (Diane Keaton) usiłują przechytrzyć recepcjonistę i dostać się do hotelowego pokoju, by rozwiązać zagadkę śmierci Lilian, uroczej starszej sąsiadki. W tym celu Larry przedstawia się jako policjant, okazuje na ułamek sekundy niby to służbową legitymację i zapewnia, że niedawno znieśli dolny limit wzrostu dla funkcjonariuszy. Jeśli widzieliście tę scenę, to dysponujecie przybliżonym obrazem tego, jak radzę sobie z blefowaniem.

Jak wspomniałem, staram się od czasu do czasu kłamać, bo inaczej nie mógłbym w społeczeństwie normalnie funkcjonować, jednak z przypadłości bycia prawdomównym nie potrafię się do końca wyzwolić. Myślałem nawet o pozwaniu siostry Justyny, przez którą całkowicie nie radzę sobie ze ściemnianiem, blagierką, kantowaniem, łgarstwem, matactwem i krętactwem.

Pierwszą znaczącą próbę oszustwa podjąłem w liceum. Zaobserwowałem, jak koledzy dopisują w dzienniku lekcyjnym oceny i usprawiedliwiają nieobecności. Nieczęsto nadarzała się taka okazja, ale kiedy już dorwali dziennik w swoje ręce, to w ciągu minuty sprawiali, że nie byli już zagrożeni z fizyki, a i z językiem niemieckim radzili sobie nad wyraz przyzwoicie. Nie przypominam sobie, by kiedykolwiek przyłapano ich na tych szwindlach. W klasie maturalnej postanowiłem dołączyć do tych fałszerzy: nieobecność na jednej (jednej!) lekcji przerobiłem na spóźnienie. Wychowawczyni od razu to zauważyła. Naturalnie tylko tę moją poprawkę. Uwierzycie?! Efekt był taki, że zostałem po lekcjach i musiałem się do tego przyznać. Zasiadłem z panią Bogusławą w sali matematycznej i usłyszałem: – Danielu... Wiem, że dopisałeś w dzienniku "s". Po prostu przyznaj się do tego i będzie po sprawie. Nie wyciągnę żadnych konsekwencji. Będziemy tu siedzieć tak długo, aż się przyznasz.

Jezu Chryste...! 18-letni koń siedzi vis-à-vis swojej wychowawczyni i idzie w zaparte, że nie majstrował przy obecnościach w dzienniku lekcyjnym. Po godzinie się przyznałem. Nie dość, że poczułem się wtedy jak siedmiolatek, któremu zakonnica klaruje, że nie wolno kłamać, to w dodatku towarzyszyła tej niedorzecznej sytuacji myśl, że nikt mi w to nie uwierzy.

sobota, 26 września 2015

Wojna niemiecko-niemiecka pod flagą biało-czerwoną

Emigrant zarobkowy z Polski ma numer 9. Tyle minut zajęło
mu sponiewieranie drużyny z Wolfsburga
Parę dni temu znajomy podzielił się na Facebooku wrażeniami z telewizyjnej debaty o uchodźcach. Propozycję prezenterów, by widzowie wyrazili swoją opinię, tweetując, skomentował dość przytomnie: przy obecnym zbanalizowaniu informacji 140 znaków to stanowczo za dużo. O jakieś 120.

Po obejrzeniu programu doszedł do zaskakujących wniosków, z którymi trudno się nie zgodzić:

– uchodźca, którego nie chcemy wpuścić, to emigrant
– emigrant, którego chcemy wpuścić, to uchodźca
– emigrant, który strzela pięć bramek w dziewięć minut, to ambasador

Analizę telewizyjnej debaty zaczęto komentować, udostępniać i lajkować. Zastanawiano się, czy emigrant Lewandowski to ambasador, czy może podwójny ambasador. Nie zapominajmy, że nastrzelał goli niemieckiej drużynie, ale i dla niemieckiej drużyny, więc może stosowniejsze byłoby określenie: podwójny agent.

W obecnej beznadziejnej sytuacji Volkswagena wyczyn Lewandowskiego, który zaaplikował drużynie z Wolfsburga pięć bramek strzelonych z szybkością karabinu maszynowego, możemy śmiało nazwać czynem niehumanitarnym. Wiele wskazuje na to, że działał nie tylko na rzecz Bayernu Monachium, ale także bezpośredniego konkurenta koncernu z Wolfsburga, czyli BMW z siedzibą w Monachium. Przypadek...?

Nie dość, że cały świat bezskutecznie usiłuje zmierzyć się z kryzysem imigracyjnym, to za sprawą skromnego piłkarza z Polski może stanąć w obliczu jeszcze większego zagrożenia, ponieważ od sformułowania "Polski napastnik na oczach oniemiałego z zachwytu świata z łatwością rozgrywa główne siły Bundesligi" już tylko krok do stwierdzenia "Świat w milczeniu przygląda się polskiej linii napadu, jak bez trudu radzi sobie z siłami Bundeswehry". Wystarczy jedno nieścisłe tłumaczenie na linii Berlin – Moskwa bądź Waszyngton – Bruksela i mamy trzecią wojnę światową.

środa, 23 września 2015

Mielensäpahoittaja, czyli logotyp prawdę ci powie

Antti Litja i Mari Perankoski, czyli tetryk i jego synowa karierowiczka
Byłem wczoraj ze znajomymi w kinie na fińskiej komedii „Mielensäpahoittaja”. W recenzji wyczytałem, że to opowieść o trudnych rodzinnych relacjach i nostalgiczne wspomnienie czasów minionych. Reżyser chciał oddać hołd swojemu ojcu, który miał ciężki charakter i trudne do przezwyciężenia natręctwa. Istota poruszanego tematu mogłaby przytłoczyć, gdyby nie została potraktowana z przymrużeniem oka, w sposób lekki, szczery i uniwersalny.

Wszystko się zgadza, może poza polskim tytułem filmu: „Stary człowiek i może”. Dystrybutorowi najwyraźniej zabrakło inwencji i zaproponował tłumaczenie tak zgrabne i inteligentne jak dowcipy opowiadane w osiedlowym barze. Tak czy siak film godny polecenia – co prawda reklamowany jako komedia, ale jest w nim pewien rodzaj melancholii, refleksja na temat miłości i tęsknoty za prostszym światem.

Przed wejściem do kina przejrzałem repertuar i oczom moim ukazał się plakat filmu „Czy naprawdę wierzysz?”. Nie było żadnej recenzji, bo to w końcu plakat, za to widniały na nim logotypy marek, które objęły nad filmem patronat medialny:

– „Niedziela” (tygodnik katolicki)
– „Egzorcysta” (miesięcznik reklamujący się hasłem: „Pismo ludzi wolnych”)
– „Idziemy” (tygodnik katolicki)
Prodoks Delectio (katalog wysyłkowy dla duszpasterzy)
gloria24.pl
Katolicka Agencja Informacyjna
opoka.org.pl
przeznaczeni.pl („Łączymy ludzi z wartościami”)

Przyznacie, że grupa docelowa precyzyjnie zdefiniowana. Idealnym targetem jest szukający drugiej połówki duszpasterz, rozczytany zakupoholik, śledzący komunikaty episkopatu i lubiący być na bieżąco z oficjalnym stanowiskiem Kościoła w różnych kwestiach, interesujący się zaburzeniami transowymi i opętaniowymi. Rzut oka na kilka znaków towarowych i od razu człowiek wie, do kogo film jest adresowany i jakiej z grubsza fabuły powinien się spodziewać. Nie trzeba zawracać sobie głowy jakimiś recenzjami czy opiniami znajomych, którzy widzieli film.

Po wejściu do kina sięgnąłem po „Informator Kin Studyjnych” (32 strony recenzji na kredowym papierze), broszurę „Karbala – pakiet edukacyjny” (40 stron, kredowy papier) oraz trzy kartki z recenzjami filmów Klubu Konesera od września do listopada, co daje sumę 75 stron. Dacie wiarę?! 75 stron... Regularnie zapoznaję się ze statystykami czytelnictwa w Polsce i wyszło mi, że przyswojenie tylu stron tekstu statystycznemu Polakowi zajmuje dwa lata.

W trosce o wzrok i czas rodaków proponuję, by zaprzestano publikowania recenzji. Przestańmy udawać, że współczesnym światem nie rządzi kultura obrazkowa! Te małe znaczki u dołu plakatu w zupełności wystarczą.

Oto moje propozycje patronatów medialnych dwóch znanych filmów:

Forrest Gump” (USA, 1994)
bieganie.pl
Apple Inc.
Makłowicz w podróży: „Krewetki na 1001 sposobów”
savannah.com
Społeczny Komitet ds. AIDS
alabama.gov
abcwietnam.pl
Polska Superliga Tenisa Stołowego

„Dług” (Polska, 1999)
Polski Związek Windykacji
Jak nie wpaść w spiralę zadłużenia (coaching)
asertywni.pl
Polska Konfederacja Pracodawców Prywatnych „Lewiatan”
militaria.pl
expander.pl (doradztwo finansowe)
– „Jak nie ulegać innym, czyli nie daj się szantażyście” (bestseller)
skutery.com

poniedziałek, 21 września 2015

Drugi raz nie zaproszą nas wcale

Niestety, to prawda...
Doskonale zdaję sobie sprawę, że ten durnowaty scenariusz, w który wszyscy jesteśmy uwikłani, z wątpliwym happy endem polegającym na tym, że po śmierci idziemy do nieba (albo jeszcze bardziej dyskusyjnym finałem: że idziemy do czyśćca lub piekła), jest pozbawiony sensu i lepiej o tym za wiele nie rozmyślać.

Poza tą kwestią niczym się nie przejmuję. Z niepokojem zauważyłem, że nikt i nic nie jest w stanie wyprowadzić mnie z równowagi, a nawet zdenerwować. Nie zawsze tak było. Punktem zwrotnym okazał się mój czwarty Maraton Warszawski we wrześniu 2012 roku. Tydzień przed startem złapałem kontuzję kolana, ale miałem już opłaconą podróż do Warszawy, hotel na weekend i startowe. Nie chciałem, by ta kasa przepadła, więc przebiegłem na środkach przeciwbólowych. Właściwie przetruchtałem, bo o zbliżeniu się do życiówki 3:56 z 2010 roku nawet nie było mowy. Na takich biegaczy zwykło się mówić „udziałowcy”, bo liczy się dla nich udział, a nie wynik. Na trasie biegu faszerowałem się kolejnymi ibupromami i na metę na Stadionie Narodowym wpadłem w stanie baśniowym. Drogę do hotelu pamiętam już tak średnio. Znieczulony tabletkami zapadłem w wielogodzinny sen i po przebudzeniu moje życie zupełnie się odmieniło.

Nagle przestała mnie wkurzać polska polityka i już kompletnie się nią nie interesuję. Udzielę Wam – jak Warren, przyjaciel rodziny Owensów – dobrej rady: nie wdawajcie się w te głupkowate spory, ponieważ dyskusja na tematy polityczne w Polsce jest bezcelowa! Nie traćcie na to czasu! Zamiast tego lepiej pobiegajcie albo posłuchajcie muzyki czy co tam lubicie robić. Nie wkurza mnie już sąsiad wygłaszający w windzie miniwykłady o Adolfie Hitlerze, bo wiem, że jest schorowany, a podróż z szóstego na parter trwa zaledwie kilkanaście sekund. Nie denerwują mnie wyprzedzające się na autostradzie tiry, a także ograniczeni umysłowo kierowcy zatrzymujący się przed rondem, którzy rozglądają się w lewo i w prawo. Uznałem, że to jest zabawne. Nie zirytował mnie nawet trener Nawałka, który w ostatnim meczu z Niemcami przetestował nowinkę taktyczną o roboczej nazwie „gra bez obrońców”.

Umiłowani! Wrzućcie na luz, spotykajcie się z przyjaciółmi, wydurniajcie się, oglądajcie dobre filmy, czytajcie tylko najlepsze książki, pijcie wino i whisky, podróżujcie, okazujcie prawdziwe uczucia. Drwijcie z wrogów, a jeśli wierzycie w Boga, to pozostańcie z nim w zgodzie. Jeśli lubicie, to uprawiajcie sport, nie myślcie zanadto o przyszłości, nie naprawiajcie świata i pozostańcie sobą.

Dobrze Wam radzę! Tego wszystkiego w niebie może zabraknąć: kawy, chivas regala (w piekle będzie trudno o lód), filmów Woody'ego Allena, butów biegowych, Wi-Fi, zapachu książki, niektórych przyjaciół, Ligi Mistrzów, ulubionych felietonistów, samochodów. Korzystajcie teraz! „Drugi raz nie zaproszą nas wcale”.

wtorek, 15 września 2015

Panna Samanta jest obecna, Jezus chce spać, czyli łączymy się z Filadelfią

W tym miejscu odrobiłem dwie lekcje: z asertywności i z angielskiego
Mam opinię wesołka i kpiarza, choć tak naprawdę jestem ciężkim przypadkiem melancholika i reprezentuję skrajny nurt egzystencjalizmu objawiającego się nieustannymi myślami o beznadziei istnienia. Co dziesięć minut zastanawiam się, po co tu żyjemy, skoro i tak umrzemy. Co to za idiotyczny plan?! Większość z nas nie zamierza nikogo skrzywdzić, a i tak krzywdzi. Zdarza się nam zranić najbliższych, choć tego nie planowaliśmy. Życie to pasmo przykrych niespodzianek. Przykład? Umawiasz się z doktorantką, Polką, która przyswoiła język polski w stopniu zadowalającym, i podczas czternastej randki dowiadujesz się, że używa partykuły przeczącej 'bynajmniej' w znaczeniu 'przynajmniej'. Dacie wiarę? Dokąd ten świat zmierza?!

Na szczęście Opatrzność obdarzyła mnie poczuciem humoru i procedurę wydobywania się ze stanu przygnębienia mam już opanowaną. To procedura dość osobliwa, bo na wiele zjawisk reaguję wesołością, która nieoczekiwanie przeradza się w niekontrolowany spazm śmiechu. W pierwszą głupawkę popadłem podczas pierwszokomunijnej mszy świętej, w trakcie której z dwoma kolegami, odstrzelonymi jak ja w szałowe garniturki, zastanawialiśmy się, co też mogą oznaczać litery IHS widniejące na ogromnej hostii zwisającej nad ołtarzem. Jacek, popisując się łaciną, zaczął: „Iesus...”. Andrzej okazał się zwolennikiem ortografii alternatywnej i zaproponował: „...hce”, a ja, zgodnie z aktualnym samopoczuciem, zakończyłem: „...spać”.

Po dwóch minutach podeszła do nas siostra zakonna i teatralnym szeptem, słyszalnym w całym kościele, poprosiła, żebyśmy się natychmiast uspokoili, co tylko wzmogło w nas rozbawienie. Po chwili już się nie śmialiśmy, tylko kwiczeliśmy i chrumkaliśmy. Zakonnica oznajmiła, że trzeciego ostrzeżenia nie będzie, bo po prostu wyciągnie nas za wszarz i Pana Jezusa będziemy do swoich serc przyjmować na przykościelnym parkingu. Fakt, że zdołaliśmy opanować rechot, tłumaczę interwencją Najwyższego.

Skłonność do zaraźliwego napadu śmiechu ma również mój kolega, który przez parę lat był nauczycielem. Kiedy sprawdzał obecność i nieuchronnie zbliżał się do nazwisk na literę „P”, prosił Wszechmogącego, by dodał mu sił i pozwolił wytrwać. Po słowach „Samanta Pokrywka...?” zasłaniał dłońmi usta, udawał, że kicha, a kiedy głupawka nie ustępowała, wychodził z sali. I tak przez cały rok szkolny... Gdybyście zobaczyli, jak zachowuje się podczas oglądania filmów z udziałem Bustera Keatona, uwierzylibyście, że panna Samanta regularnie, choć nieświadomie, była w stanie doprowadzać go do łez.

Kilkanaście lat temu odkryłem, że moje zachowanie może być źródłem niekontrolowanego napadu śmiechu, który trwa cały wieczór. W 1998 roku bawiłem w Stanach. Koleżanka przez parę dni zachęcała mnie do swobodnego rozmawiania po angielsku i nieprzejmowania się poprawnością układanych zdań, ponieważ Amerykanie nie zawracają sobie głowy następstwem czasów w mowie zależnej i nawet nie zwrócą uwagi, że powiedziałem coś w Past Perfect, a powinienem był w Past Perfect Continuous.

W piątkowy wieczór postanowiłem z kompanką zabawić się w Hard Rock Cafe w Atlancie. Przed knajpą, jak to w piątek, kłębiła się spora grupa chętnych do wejścia i od kilkunastu minut ta kolejka prawie nie ruszyła się z miejsca. Nie wiem, co mi strzeliło do głowy, by właśnie w tej chwili przełamać nieśmiałość i przetestować swój angielski. Pieczołowicie ułożyłem w głowie dwa zdania pełne pretensji co do organizacji w tym przybytku rozrywki i skierowałem je do piękności, którą wziąłem za hostessę. Po mojej uwadze zaniemówiła, podobnie jak większość stojących tam ludzi. Przystanęła, zrobiła wielkie oczy i bez słowa ruszyła do restauracji, a za nią jacyś panowie z kanciastymi walizkami. My również w końcu dostaliśmy się do środka, a godzinę później, już tak trochę wstawieni, dostrzegliśmy na środku knajpy lekkie zamieszanie: pojawił się telewizyjny sprzęt, operatorzy, a dziewczyna, którą zrugałem, okazała się telewizyjną prezenterką. Klienci lokalu wyjaśnili nam, że to taki program w MTV, w którym podczas weekendowych wieczorów prezentowane są poszczególne knajpy Hard Rock Cafe w różnych miastach i co jakiś czas wchodzą na antenę. Coś w stylu: jak bawi się Hard Rock Cafe w Bostonie, jak bawi się w Los Angeles, jak w Atlancie, teraz przenieśmy się do Filadelfii, a po następnym teledysku połączymy się z Nowym Jorkiem. I tak dalej...

Koleżanka dostała ataku śmiechu, a kiedy na chwilę ochłonęła, rzekła: – Bożyński, jesteś mistrzem! Wspiąłeś się na najwyższy poziom asertywności: opierdoliłeś gwiazdę MTV! I to po angielsku!