czwartek, 16 lipca 2015

Co się z tobą stanie, gdy ci ufać przestanę

Na płycie „Oddalenie” (w utworze „Oddalenie”) Kazik Staszewski śpiewa,
że w Polsce umowa jest gówna warta. Ta myśl jest ilustracją moich relacji
z trzema firmami, z którymi jestem związany od wielu lat
Gdybyście się kiedyś zastanawiali, co wyszłoby ze wspólnego przedsięwzięcia biznesowego Orange, Vectry, Getin Banku i mojego bloga, wiedzcie, że rzeczywistość udzieliła na to pytanie odpowiedzi. To wiodące marki w kraju, z którymi jestem związany od kilkunastu lat i nie zamierzam się z nimi rozstawać, ponieważ nadają sens mojemu życiu. Dużo ze sobą korespondujemy, prowadzimy pasjonujące rozmowy telefoniczne, a ostatnio coraz częściej się odwiedzamy. Ta symbioza wcześniej czy później powinna była zaowocować wzajemną akcją promocyjną, dlatego pozwólcie, że przedstawię wam moich serdecznych przyjaciół.

ORANGE
Jesteśmy ze sobą najdłużej. Zanim Orange stała się dużą Pomarańczą, była malutką Ideą. Przez kilka lat zasypywała mnie licznymi SMS-ami zapraszającymi do zabaw, konkursów, promocji i akcji. Po kilkudziesięciu telefonach do biura obsługi klienta i wizytach w oddziale ten spam w końcu ustał, by po roku wrócić z nową siłą. Wtedy na przemian prośbami i groźbami, że zaangażuję powiatowego rzecznika praw konsumentów, wymogłem względny spokój – otrzymywałem tygodniowo zaledwie po dwa-trzy SMS-y, a nie na przykład 46 (jak wcześniej). Idylla trwała cztery lata i znów się zaczęło. Wiadomości o niebywale atrakcyjnych pakietach darmowych minut, SMS-ów, MMS-ów i praktycznie darmowego internetu nie jest znowu tak dużo, za to otrzymuję je o 1, czasem o 3 w nocy. Napiszę słownie: o pierwszej i o trzeciej w nocy. Naturalnie interweniowałem. Naturalnie przestali wysyłać. Naturalnie wznowili ten proceder. W gruncie rzeczy jest mi wszystko jedno, bo od czasów licealnych i tak kładę się spać o 3 (o trzeciej).

VECTRA
Na płycie „Oddalenie” z 1995 roku Kazik Staszewski śpiewa: „W Polsce umowa jest gówna warta”. W tym samym roku Vectra zaczęła emitować program własnej produkcji i prawdopodobnie wtedy uznała sentencję wyśpiewaną przez Kazika za motto spółki. Trzeba jednak przyznać, że są konsekwentni: zapewniają zawsze nie więcej niż jedną trzecią transferu deklarowanego w umowie, a bywa, że i jedną trzydziestą. Na nieśmiałą uwagę, że to jednak trochę za mało, otrzymuję logiczne wyjaśnienie, że przecież w umowie jest napisane „do 50 megabitów”, a nie „50 megabitów” czy też „około 50 megabitów”, zatem 3 megabity mieszczą się w przedziale od 0 do 50 megabitów i wszystko jest w porządku. Na pytanie, czy mogę przelewać co miesiąc „do 94,89 zł” zamiast „94,89 zł”, po drugiej stronie słuchawki zapada głuche milczenie. Czasami, w przypływie desperacji, udaję się z wizytą do oddziału Vectry (to tylko dwie przecznice ode mnie), wtedy pan serwisant udaje zdziwienie, coś tam przepina i znowu mam „około”, a nie tylko „do”. Z tym że to „około” mam około dwóch tygodni, potem już tylko „do”.
Ulubionym zdaniem pojedynczym Vectry jest „Prowadzimy prace modernizacyjne”. Co kilka dni otrzymuję maila o takim tytule, a to oznacza, że w środku nocy przez kilka godzin nie mam dostępu do internetu i telewizji bądź dostęp ten jest mocno ograniczony i objawia się tym, że transfer internetowy jest na poziomie średniego transferu w Polsce z 1997 roku. Zresztą po co mi o tej porze internet, skoro w tym czasie czytam SMS-y od Orange i zapoznaję się z nowymi propozycjami pakietów?
Może i chciałbym obejrzeć coś w telewizji, bo wiadomo, że programy dla widzów z IQ powyżej 90 Telewizja Polska nadaje w środku nocy, ale cóż począć. Kiedy nadawca publiczny realizuje misję, Vectra się modernizuje.

GETIN BANK
Uważam się za dżentelmena, a dżentelmeni o pieniądzach nie rozmawiają, a już na pewno nie o drobnych kwotach, dlatego nie będę się wyżalał o niesłusznie pobranych prowizjach, które – trzeba to przyznać – po interwencji bank zawsze zwracał. To były tak symboliczne sumy, że wspominając o nich, czuję się zażenowany. W przeciwieństwie do pracowników banku, którym uczucie zakłopotania jest zupełnie obce. Kiedy jednak nie mogłem się doprosić swoich 260 zł, które zniknęły w czeluściach systemu bankowego, poczułem, że tracę nerwy. Po kilku ożywionych rozmowach telefonicznych, podczas których przełączano mnie za każdym razem od biurka do biurka, i wysłuchaniu podczas każdego takiego przełączenia miniatury fortepianowej „Dla Elizy” Beethovena uznałem za stosowne odwiedzić swoich przyjaciół i spróbować wyjaśnić sprawę. Wsiadłem w samochód, włączyłem „I'm not afraid” Skunk Anansie i nuciłem za Skin: „Another useless fight... Guilt is all you are...”. Tego dnia oczywiście nic nie załatwiłem, ale już po paru tygodniach otrzymałem wyjaśnienie, że pracownica, która sprawę zaniedbała, już tutaj nie pracuje. Okazało się, że tylko pozorowała pracę i wszystkie wnioski, podania, zlecenia i zażalenia tak na wszelki wypadek wrzucała do szuflady, czekając, aż same nadadzą sobie bieg. Przeproszono mnie, zwrócono pieniądze i rozstaliśmy się w przyjaźni. Która niestety po raz kolejny została wystawiona na ciężką próbę. W Wielki Piątek, pół godziny przed zamknięciem oddziału wpłaciłem na swoje konto 700 złotych, by podczas świąt opłacić usługi swoich starych przyjaciół: Orange i Vectry. Przelewy zrealizowałem z domowego komputera i już po tygodniu otrzymałem maila i SMS-a od Vectry i Orange, a precyzyjniej rzecz ujmując – od ich działów windykacji. Okazało się, że przelewy poszły, ale tak naprawdę to jednak nie. Odruchowo sprawdziłem w internecie, ile dostanę za zabójstwo w afekcie i po ilu latach wyjdę za wzorowe sprawowanie. Zadzwoniłem do banku, wysłuchałem „Dla Elizy”, wsiadłem w samochód, włączyłem na cały głos „Co się z tobą stanie, gdy ci ufać przestanę” Kazika na Żywo i pomyślałem, że trzeba zabić tę miłość. Bo przecież nie pracownika banku. Nie zgadniecie, co usłyszałem tym razem... Okazało się, że pan, który przyjmował zlecenie wpłaty, był co prawda myślami przy śniadaniu wielkanocnym, ale nie odpłynął tak daleko, by tych siedmiu stów nie zaksięgować. Zaksięgował, a jakże! Tylko że na konto klienta zamieszkałego przy ulicy Ogrodowej. Dlaczego? Ponieważ był zalogowany na jego zakładce. Przemknęła mi myśl, że bank bierze udział w akcji wyrównywania szans i pomaga w karierze zawodowej osobom, powiedzmy, mniej zdolnym, a ja niepotrzebnie obnoszę się z tą swoją asertywnością. Przecież Ogrodowa to zaledwie trzy skrzyżowania od Katowickiej, a dzieląca je ulica Słowackiego to jak zaproszenie na spacer. Mogłem po prostu pójść na Ogrodową i odzyskać te siedem stów, uregulować rachunki z Orange i Vectrą, moimi mocno zniecierpliwionymi przyjaciółmi, którzy nieustannie monitowali. Obsługa banku jednak na to nie pozwoliła – zwrócono mi pieniądze, po kolejnym telefonie prowizję za brak środków na koncie, a szefowa oddziału zaprosiła mnie do swojego gabinetu na dobrą kawę i złożyła obietnicę, że nic podobnego już się nie powtórzy. Nadal jesteśmy przyjaciółmi.

I'm not afraid”:

Co się z tobą stanie, gdy ci ufać przestanę”:

Oddalenie”:
https://www.youtube.com/watch?v=NWeMLBqrw6E

Dla Elizy”:
https://www.youtube.com/watch?v=Ars6xnNKpYk

wtorek, 14 lipca 2015

Kujawy są najważniejsze

Wymyślne kręgi w Więcborku sprowokowały polityków do nie mniej oryginalnych komentarzy
Wiara w zjawiska nadprzyrodzone oraz istnienie obcej cywilizacji zwykle spotyka się z drwinami, a osoby utrzymujące, że fantazyjne wzory w pszenicy to robota istot pozaziemskich, w najlepszym razie zbywane są protekcjonalnym poklepywaniem po plecach oraz ironicznym uśmiechem, w najgorszym – wywołują szyderczy rechot, co sprawia, że postanawiają nie wdawać się w dyskusję i zamykają się w sobie.

Kiedy w Więcborku (Kujawsko-Pomorskie) pojawiły się kręgi w zbożu, o komentarz na temat tego niezwykłego zjawiska poproszono polityków o niezmiennych poglądach i ugruntowanych przekonaniach. To ludzie bezkompromisowi, pewni swych racji i wierni jednej idei, której podporządkowali całą swoją karierę.


RICHARD HENRY CZARNECKI (Ruch Polityki Realnej, Zjednoczenie Chrześcijańsko-Narodowe, Akcja Wyborcza Solidarność, Samoobrona, Prawo i Sprawiedliwość):O tym lądowaniu szeptano od dawna. Należy się upewnić, czy to nie jest zakamuflowany atak o charakterze liberalno-lewicowym. Jeśli rząd natychmiast nie zlokalizuje i nie deportuje tych intruzów, do akcji wkroczy Jarosław Kaczyński, który jest fighterem i policzka nie nadstawia. Kręgi w polskim zbożu to przecież policzek dla Polaków. Idea IV RP to solidarna Polska równych szans, w której nie ma miejsca ani dla salonu, ani dla ufoludków. Kiedy odzyskamy władzę, wprowadzimy zasady patriotyzmu gospodarczego i żadne obce UFO nie będzie się tu panoszyć. Tylko polskie, katolickie UFO! Wytępiliśmy czerwoną zarazę, to i z zieloną sobie poradzimy! W aliansie z zielonymi stworami Prawo i Sprawiedliwość partycypować nie będzie. Dzisiaj przyzwolenie na agrarną samowolkę, a co jutro? Utrata suwerenności?! Nie podejmiemy tej gry.


STEFAN KONSTANTY NIESIOŁOWSKI (Zjednoczenie Chrześcijańsko-Narodowe, Przymierze Prawicy, Akcja Wyborcza Solidarność, Platforma Obywatelska):Nie mam ochoty komentować wypowiedzi tego idioty. Czarnecki to niebywały – powtarzam: niebywały! – cham i prostak. Jaki zakamuflowany atak?! Co to za język w ogóle?! Zielona zaraza? Intruz? Fighter? Policzek? Przecież to są elementy języka nienawiści! Nie damy się wepchnąć w pole minowe konfrontacji z przybyszami i proszę łaskawie zwolnić mnie z obowiązku komentowania bredni tego paranoika. Polska jest krajem otwartym, a gościnność to nasza tradycja, więc jeśli UFO zdecydowało się nas odwiedzić i trochę pogmerać w zbożu, to nie należy robić z tego afery. Czy ten kretyn Czarnecki nie zna przysłowia „Gość w dom, Bóg w dom”? O jakim patriotyzmie gospodarczym opowiada ten czubek?! Przypominam, że Donald Tusk jest teraz nadprezydentem Europy i jeśli tylko zechce, włączy wszystkie planety do strefy Schengen, a wtedy UFO będzie mogło swobodnie podróżować od Lizbony po Hrebenne.


JOHN ABRAHAM GODSON (Platforma Obywatelska, Polska Razem, Polskie Stronnictwo Ludowe):
Moja dawna kolegi z platforma ma dużą rację. Jako ewangeliczny zielonoświątkowiec charizmaticzny mam słabość do zielony kolor, dlatego też zmieniłem barwa politiczna na zielona koniczina. Poza tym uważam, że wszystka istota jest święta, jeśli tylko wierzy. Czy nasi tajemniczy goście buszujące w zboże są wierzące? Tego nie wiem, ale też nie wikluczam. O tym właśnie pisał Paweł do Koryntian: każda istota święta! Mam czterech wspaniałych dzieci. Jeśli możesz mieć jeden dziecko, możesz mieć dwójka, a jeśli możesz mieć dwójka, to możesz mieć trójka. Tak samo jest z kosmity! W polska parlamentarizm byli kosmity: Gabriel Janowski, który zasłynął kosmicznymi podskoki; Sławek Nowak – miłośnik czasomierzy; Przemek Wipler, co policjanty się nie kłaniał i za kołnierza nie wylewał; Marek Jurek (szkoda chłopa, bo bez nazwiska), który za sprawą magiczna laska marszałkowska zamienił się z marszałek w szaman i nawoływał w sejmy do modlitwa o deszcz. Dużo kosmity w Polska! Co nam stawa na przeszkoda akceptowanie paru więcej? Wielkość demokraticzności mierzymy tym, jak my uchroniwszy odmienność. Zaakceptujmy przybysze z Więcbork, bo to nasi braty. Tak jest napisane w Pismo Święte.


JACEK OLGIERD KURSKI (Porozumienie Centrum, Ruch Odbudowy Polski, Zjednoczenie Chrześcijańsko-Narodowe, Prawo i Sprawiedliwość, Liga Polskich Rodzin, Solidarna Polska):
Nie odniosę się do wypowiedzi mojego poprzednika, bo sami państwo widzą, że ciemny lud kupuje wszystko jak leci. W sferze frazeologii i obrazowania świata jestem chłonnym uczniem Jarosława Kaczyńskiego, dlatego spróbuję wstrzelić się w myśl mojego mentora. Szanowni państwo, mamy do czynienia z porażającym skundleniem polityczno-kulturowego establishmentu. Figury w zbożu to dowód, że państwo ponownie nie zdało egzaminu, a PRL nie został rozliczony. Nie zdziwi mnie, jeśli ta zielona hołota po ułożeniu wzorów zacznie się układać z przedstawicielami dawnej nomenklatury. W interesie prawdziwych Polaków jest natychmiastowa lustracja agresorów. Ostrzegam: nierozliczenie kosmitów z przeszłości to przyzwolenie na powstanie kolejnej sitwy i najkrótsza droga do dechrystianizacji Polski. No pasaran!


JAN TOMASZEWSKI (Patriotyczny Ruch Odrodzenia Narodowego, Prawo i Sprawiedliwość, Platforma Obywatelska): – Jak mawiał pan Kazimierz Górski, piłka jest okrągła, a bramki są dwie. Kręgi też są okrągłe, a ile ich jest, dokładnie nie wiadomo, bo na siebie nachodzą. Koła olimpijskie też na siebie nachodzą. Mnie z kolei naszła myśl, że lądowanie kosmitów na polskiej ziemi to był błąd. A nawet wielbłąd. To żart taki. Gra słów. Bo ja lubię czasem tak inteligentnie pożartować. A teraz poważnie: jeśli UFO chce robić kręgi, to wpierw niech wystąpi o zgodę, przedstawi projekt, następnie ogłosimy przetarg, a potem go unieważnimy. Proste jak zwycięski remis na Wembley. Ha, ha! Z tym przetargiem to też był żart. Lubię pożartować.




ANTONI MACIEREWICZ (Zjednoczenie Chrześcijańsko-Narodowe, Akcja Polska, Ruch dla Rzeczypospolitej, Ruch Odbudowy Polski, Ruch Katolicko-Narodowy, Liga Polskich Rodzin, Razem Polsce, Ruch Patriotyczny, Prawo i Sprawiedliwość):Nie mam pojęcia, jak polski kontrwywiad mógł dopuścić do wylądowania tego obiektu, ale już dziś możemy powiedzieć, że zostaliśmy zdradzeni o świcie. Drodzy państwo, musimy dać odpór potężnemu frontowi, który rozciąga się od niemieckich rozgłośni radiowych po prasę polskojęzyczną i morderców księdza Jerzego, a teraz kosmitów, którzy rozrabiają na polskiej ziemi i umacniają międzygalaktyczne kondominium. Nie damy się sterroryzować i przygotowujemy akcję odwetową, bo czymże innym jest sytuacja, w której powstają tajemnicze esy-floresy, jeśli nie wypowiedzeniem wojny...?


RUFIN PSZENŻYTO (rolnik z Więcborka: Polska Zjednoczona Partia Robotnicza, Zjednoczone Stronnictwo Ludowe, Polskie Stronnictwo Ludowe, Stronnictwo Konserwatywno-Ludowe, Więcbork Jest Najważniejszy, Kujawy Są Najważniejsze, Polska Jest Najważniejsza, Narodowe Odrodzenie Polski):
Panie! Daj pan spokój! Jakie UFO?! To moja robota! Byłem, nie powiem, trochu zmęczony, bo ze szwagrem przerabiali my olej opałowy na napędowy i troszku tego biopaliwa dostało nam się do organizmu. No, tak po prawdzie takeśmy dali w palnik, że ledwiem wlazł na kombajn. Późno się zrobiło i ciemno, baba z kolacjo czekała, to trza było wracać. Wgramolił się ja na maszynę i nagle... jak coś nie huknie! Jak nie dupnie! Rano się budzę, kombajn na środku pola, a wkoło takie kręgi w zbożu, że ażem pobladł. Ki diabeł! Okazało się, żem przydzwonił łbem w kierownicę. Panie! Kierownica zblokowana, ja żem przysnął, gaz do dechy, kombajn jeździł i jeździł, aż paliwa zabrakło. Dobrze, że my pokosztowali tego specjału i nie zatankowali bizona do pełna, bo ja by, panie, narobił tych kręgów w całym powiecie!

niedziela, 12 lipca 2015

Nemeczek zatrzymuje zastawę

Zabawne, co może wryć się w pamięć człowieka. Minęło prawie 30 lat, a ja nie potrafię zapomnieć o najbardziej kretyńskich wygłupach podwórkowej ferajny, w których brałem udział. Nie chcę wdawać się w szczegóły realizacji naszych pomysłów, bo całkiem możliwe, że nie wszystkie czyny się przedawniły. Wrzucenie przez otwarte okno salki katechetycznej bączka z saletrą podczas wieczornej lekcji religii licealistów i obserwowanie, jak ksiądz i jego podopieczni wybiegają w popłochu w środku modlitwy „Ojcze nasz”, z pewnością rodzi podejrzenia, że dorastałem pośród przyszłych kryminalistów o terrorystycznych inklinacjach, ale to nieprawda. Wszyscy wiedziemy spokojne życie normalnych obywateli.

Widok zastawy już zawsze będzie mi się kojarzył z produkcjami
Benny'ego Hilla, w których bohaterowie obrzucali się tortami
Jedno jest pewne: byliśmy oryginalni. Propozycje typu „przyczepiamy żyłkę do portfela, po który sięgają zdezorientowani i wkurzeni przechodnie, a potem uciekamy przed nimi przez pół miasta” zgodnie uznaliśmy za mało wyrafinowane. Mierzyliśmy wyżej. Chcieliśmy przejść do historii naszej dzielnicy i mieć co wspominać. Przeszliśmy do historii i mamy co wspominać.

Kolega Mirosław vel Siwy był najmłodszy z nas. Wyglądem przypominał Ernesta Nemeczka z powieści Ferenca Molnára „Chłopcy z Placu Broni”. Ten wątły blondyn zasłynął pomysłem nieszablonowym: będziemy udawali, że zamierzamy wtargnąć na jezdnię, zrobimy dwa kroki w kierunku nadjeżdżającego samochodu, a kiedy ten gwałtownie zahamuje, będziemy spieprzać w różnych kierunkach. Pamiętam jak dziś: piątkowe popołudnie, Nemeczek wytłumaczył nam zasady nowej zabawy i ruszyliśmy na ulicę Głubczycką. Kilka razy doprowadziliśmy do ostrego hamowania, uciekaliśmy, wracaliśmy po paru minutach i od nowa. Zabawa w końcu nas znużyła, już mieliśmy z niej zrezygnować. Patrzymy, jedzie żółta zastawa, nie za szybko, dostojnie, najwyżej 50 km/h. Nemeczek na drogę! Zastawa po hamulcach! Spierniczamy! I kątem oka obserwujemy kierowcę, który wychodzi z samochodu, łapie się za głowę, po czym wsiada, parkuje na poboczu i blady jak ściana obserwuje wnętrze samochodu. Zebraliśmy się na odwagę, podeszliśmy do załamanego kierowcy. A w środku ze trzy torty i kilka blach ciasta, wszystko uprzednio poukładane na tylnym siedzeniu i półce pod szybą. Po akcji Nemeczka wszystkie te smakołyki runęły na podłogę i oparcia przednich foteli. Osłupiały mężczyzna wymamrotał, że to na wesele. Naturalnie chciał nas zabić, ale wiedzieliśmy, że nie ma na to sił, bo dostrzegliśmy w jego spojrzeniu, że w ciągu ostatniej minuty znacznie się postarzał. Po chwili odebrało mu mowę. Mnie też odbiera, kiedy czasami przypominam sobie, że tak ochoczo przystąpiliśmy do tej zabawy w hamowanie, po której – chyba jedyny raz – byliśmy w stanie uruchomić empatię i okazać współczucie podmiotowi naszych ekscesów.

Wspomnienie to zagubiło się w zakamarkach mojej pamięci, ale wychynęło na widok samochodu marki Zastawa. Jeździ taka po Raciborzu: biała, wymuskana, wygląda, jakby przed chwilą zjechała z taśmy montażowej.

środa, 8 lipca 2015

Ach, ten kotlecik, czyli co zesłał los, trzeba będzie stracić

Michelle Dubois, liderka lokalnego ruchu oporu,
wygłasza niezmiennie tę samą formułkę:
"Słuchajcie uważnie, bo nie będę powtarzać!"
Nie pamiętam, kto opowiadał anegdotę o podróży lotniczej w latach 80. z Warszawy bodaj na Cypr, ale na pewno usłyszałem ją w radiowej Trójce. Zdaje się, że był to Piotr Baron albo Marek Wałkuski (obecny korespondent Polskiego Radia w Waszyngtonie). Na pokładzie samolotu jedyną rozrywką było wtedy obejrzenie jakiegoś filmu na jednym z nielicznych ekranów oraz wysłuchanie paru piosenek puszczanych wedle własnego uznania przez obsługę samolotu. Podczas tego lotu pasażerowie zapoznali się z przebojem Anny Jantar, którego refren brzmiał: "Nic nie może przecież wiecznie trwać! Co zesłał los, trzeba będzie stracić!". Piosenka jak piosenka, ale powtórzona – o dziwo – chyba z pięć razy na pokładzie sypiącego się i trzeszczącego tupolewa musiała budzić niepokój. Wiem, co piszę, bo pod koniec lat 80. podróżowałem tą maszyną z Moskwy do Warszawy i mam porównanie z innymi samolotami. Już nawet Ił-62 w porównaniu z Tu-154M to zupełnie inna bajka, a zestawienie leciwego tupolewa z dowolnym boeingiem czy airbusem to jak porównanie izby wytrzeźwień z Izbą Lordów. Jestem gotów uwierzyć redaktorowi Trójki, że powtórzony parokrotnie utwór Anny Jantar mógł pobudzić wyobraźnię pasażerów, zwłaszcza że w piosence pojawiają się również słowa: "Lęk, głuchy lęk na dnie skryty gdzieś".

Umiejętnie zinterpretowana fraza, podana w odpowiednim rytmie, może sprawić, że jej wymowa staje się mocno sugestywna. Jak chociażby w filmie "Miasto aniołów", w którym Seth (Nicolas Cage) stoi na szczycie wieżowca, by za chwilę runąć w dół, porzucając rolę anioła i przyjmując ludzką postać. Narastające "Święta Mario, Matko Boża, módl się za nami grzesznymi..." robi piorunujące wrażenie i jest to moim zdaniem najbardziej poruszająca scena filmu.

Wielokrotnie powtarzany tekst może potęgować grozę, ale też wprawić dzieciaka w furię. Kiedy nie było mnie jeszcze na świecie, rodzice puszczali na adapterze mojej kilkuletniej siostrze różne bajki, słuchowiska i piosenki (informacja dla młodszych czytelników: w latach 70. nie było fejsa, empetrójek i smartfonów). Jedna z płyt, mocno już wysłużonych przez nieustanne odtwarzanie, w trakcie piosenki Jaremy Stępowskiego zacinała się na fragmencie "Ach, ten kotlecik! Ach, ten kotlecik!". Mała Bożenka wybiegała wtedy z pokoju z płaczem, by natychmiast przestawić igłę na kolejną zwrotkę.

By nie ograniczać się do przykładów dramatycznych, warto zauważyć, że powtarzane zdanie może wywoływać wesołość. W nadawanym w Polsce w latach 90. serialu komediowym "'Allo 'Allo!" Michelle z ruchu oporu konspiracyjnym tonem oznajmiała: "Słuchajcie uważnie, bo nie będę powtarzać!". I choć widzowie serialu doskonale wiedzieli, że wygłosi przyciszonym głosem tę formułkę, za każdym razem wzbudzała uśmiech, a u niektórych nawet rechot.

czwartek, 2 lipca 2015

Andy and Betty are not role models

Andy and Betty are not role models. They're not even human. They're cartoons. Some of things they do would cause a real person to get annoyed, confused, and possibly arrested.

Andy and Betty are not real. They are sketched people completely made up by some guy who stole the Moon.

Andy and Betty are insincere, unpleasant, thoughtless, insular and self-destructive characters. But for some reason they make us laugh.

niedziela, 21 czerwca 2015

"Idź, pocałuj" i "Przytulmy panią", czyli poliglota Kazimierz z zarzutami

Julia Louis-Dreyfus i Tony Hale, czyli wiceprezydent Stanów Zjednoczonych Selina Meyer i jej sufler
Gary Walsh z wizytą w szkole podstawowej w serialu komediowym "Figurantka"
W poprzednim wpisie ponarzekałem na współczesne media, na ich - jak by to ujął nieżyjący już Zbigniew Zapasiewicz - sprostaczenie. Postępujące i metodyczne wręcz zidiocenie. Powoli zbliżam się do czterdziestki, zatem zgodnie z danymi statystycznymi nieodwołalnie wkroczyłem w smugę cienia i postanowiłem, że nie będę marnotrawił czasu na tzw. polityczną bieżączkę w wydaniu krajowym. Oczywiście zaglądam do gazet, obejrzę czasem jakiś program publicystyczny, wysłucham też Zaborskiego czy Michniewicz przepytujących w radiowej Trójce tych pożal się Boże polityków, ale robię to bez szczególnego entuzjazmu. Zresztą coraz częściej wiem, co odpowiedzą, jakich użyją argumentów, a nawet jakiej frazy! Są przewidywalni jak pogoda w Anchorage. Albo w Tallahassee - jak kto woli.

Ostatnia kampania prezydencka wyzwoliła w politycznych liderach, ich sztabowcach oraz mediach relacjonujących całe to polityczne wzmożenie takie pokłady żenady, infantylizmu i bezbrzeżnej pretensjonalności, że aż trudno to komentować. Komorowski spaceruje Nowym Światem z uwieszoną na ramieniu suflerką, zupełnie jak w serialu komediowym "Figurantka" wiceprezydent USA Selina Meyer z Garym Walshem, który podpowiada jej, komu uścisnąć dłoń, kogo przytulić i co powiedzieć. Odnoszę wrażenie, że gdyby scenarzyści serialu zechcieli zaczerpnąć nieco z krynicy mądrości sztabowców Komorowskiego, uznaliby niektóre pomysły za grubą przesadę. Duda przed dowolnym audytorium obiecuje dowolną kwotę na dowolny sektor gospodarki i potulnie wykonuje polecenie szefowej kampanii: "Idź, pocałuj". Sztabowi macherzy właśnie tak wyobrażają sobie świat wielkiej polityki, a podekscytowane media relacjonują tę kiczowatą komedię z uporem godnym lepszej sprawy.

Bronisław Komorowski i jego tajemnicza suflerka
w serialu komediowym "Kampania prezydencka w Polsce 2015"
Jak wspomniałem, nie za często oglądam serwisy informacyjne, z rzadka loguję się na Facebooku, a dział krajowy w gazetach z poczuciem straty czasu czytam pobieżnie, jednak dwa wydarzenia przebiły się do mojej świadomości:
1. Beata Szydło została przez Kaczyńskiego namaszczona na przyszłą panią premier.
2. Kazimierz Greń, szara eminencja Polskiego Związku Piłki Nożnej, trafił w Irlandii do aresztu za nielegalny handel biletami na mecz polskiej reprezentacji.

Zanim media dostrzegły wielki talent organizatorski pani Beaty, dzięki któremu Duda wygrał z Komorowskim, już dawno pisałem, że jest to postać nietuzinkowa. 26 stycznia 2014 roku w tekście "Wszyscy chcą się sprawdzić" przedstawiłem jej sylwetkę:

"Beata Szydło. Wiceprezeska największej partii opozycyjnej zdobyła uznanie swojego przełożonego, kiedy w blasku fleszy i w towarzystwie kamer wszystkich stacji informacyjnych wybrała się z szefem na zakupy do spożywczaka przy ul. Żwirki i Wigury w Warszawie. Nasz Staszek nr 5 pomógł prezesowi wybrać artykuły spożywcze. Kaczyński, uśmiechając się filuternie do reporterów, zapłacił odprasowanym 200-złotowym banknotem i słusznie uznał, że skoro Szydło sprawdziła się jako intendentka, czas na prawdziwe wyzwanie. Została ekspertem ekonomicznym. Latem 2011 roku zażądała od rządu wyjaśnień, dlaczego rośnie inflacja i bezrobocie, a spada PKB. Otrzymała odpowiedź: inflacja i bezrobocie zamiast rosnąć spadają, a PKB zamiast spadać rośnie. Kaczyński nie miał wyjścia – schował swojego asa do rękawa i zakazał pani Beacie debatować z Rostowskim. Kiedy pani Szydło sprawdzała się jako ekspert ekonomiczny już tylko w ograniczonym zakresie, ktoś postanowił sprawdzić jej wiedzę ogólną. Na pytanie, kiedy Polska przystąpiła do Unii Europejskiej, Szydło zbita z tropu zaczęła coś dukać o latach 80., roku 1992 i roku 1993. Wiceprezes największej partii opozycyjnej zgłaszającej aspiracje do przejęcia rządów w 38-milionowym kraju w środku Europy nie ma bladego pojęcia o tym, że do UE przystąpiliśmy w 2004 roku. Zastanawiam się, za rządów którego premiera urzędującego w latach 80. mielibyśmy wstąpić do Unii... Piotra Jaroszewicza? Edwarda Babiucha? Wojciecha Jaruzelskiego? Zbigniewa Messnera? A może Mieczysława Rakowskiego? Zdaje się, że nie było na to szans, bo traktat z Maastricht podpisano dopiero w 1992 roku, a Polska na akces musiała poczekać jeszcze 12 lat".
Beata Szydło wydaje polecenie przyszłemu prezydentowi Polski, by
pocałował żonę (serial komediowy "Kampania prezydencka w Polsce 2015")

Pozostaje pogratulować Kaczyńskiemu tej kandydatury, ponieważ nie ma sobie równych i tego wielkiego talentu po prostu zmarnować nie wolno.

Kazimierz Greń to wzorzec z Sèvres leśnego dziadka PZPN-owskiego. Sprawdził się jako tzw. działacz (bardzo lubię to słowo!) i specjalista od nielegalnego handlu wejściówkami na mecz polskiej reprezentacji. Na tym kończą się jego kompetencje, co nie przeszkodziło mu w objęciu stanowiska dyrektora polskiej reprezentacji piłki nożnej. Parę lat temu Zbigniew Boniek z komentatorem sportowym Mateuszem Borkiem przeprowadzili eksperyment: zaaranżowali telewizyjny wywiad, w którym Borek poprosił Bońka o kilka słów na temat Kazimierza Grenia. Boniek z pełną powagą wymieniał liczne zalety pana Kazimierza, aż w pewnym momencie nie wytrzymał i ogarnęła go taka głupawka, że nie mógł dojść do siebie. Obejrzyjcie sobie, proszę, ten krótki wywiad (w okienku wyszukiwarki wystarczy wpisać: Boniek o Kazimierzu Greniu).
Kazimierz Greń, czyli Fernando Hierro polskiego futbolu

Na koniec propozycja: spróbujcie przez pół minuty przedstawić zalety Szydłowej i zareklamować jej nominację na stanowisko premiera polskiego rządu. To jak, wytrzymacie? Boniek wytrzymał 45 sekund.

Link do rozmowy Mateusza Borka ze Zbigniewem Bońkiem: https://www.youtube.com/watch?v=Lgp7xmB4gV0

sobota, 2 maja 2015

Fajnie poczytać fajne teksty fajnych dziennikarzy

43 lata temu Ryszard Kapuściński przewidział,
że przekaz medialny zostanie zdominowany
przez niby-dziennikarstwo
W 1972 roku, czyli niespełna dekadę przed powstaniem pierwszej całodobowej telewizji informacyjnej i kilkadziesiąt lat przed pojawieniem się portali informacyjnych, Ryszard Kapuściński zanotował w „Lapidariach”:

Wiadomość o gazecie elektronicznej, która błyskawicznie przeniesie informację do każdego domu. Tak, ale problem polega na tym, że procesowi przyspieszenia informacji towarzyszy zjawisko jej spłycenia. Coraz więcej informacji, ale coraz płytszych.
Flash – jest to jednozdaniowa informacja, która poprzedza szczegółowy opis zdarzenia. Ale jeżeli całą informację sprowadzi się do flashów – co zostanie? Potok wiadomości, który będzie tylko ogłuszał, stępiał wrażliwość, usypiał uwagę.

Współczesne media pracują pełną parą, żeby przypodobać się odbiorcom o najniższych potrzebach intelektualnych, a redaktorzy pilnują, żeby w tekstach nie pojawiały się trudne słowa i zbyt skomplikowane wywody. Przeciętny odbiorca, przeglądając pobieżnie portale informacyjne, ulega iluzji, że wie wystarczająco dużo o wszystkim. Więcej: nabiera przekonania, że w ten sposób się edukuje. Media, aby być oglądane, słuchane czy przeglądane, bo o czytaniu ze zrozumieniem tekstów dłuższych niż trzy strony to już w ogóle mowy nie ma, muszą spełniać jeden warunek: powinny wprawiać odbiorców w dobre samopoczucie.

Parę lat temu natknąłem się na felieton, w którym jakiś dziennikarzyna parokrotnie użył wyrazu „fajnie”. Ubogie słownictwo autora wzbudziło zażenowanie, ale po chwili nasunęła się refleksja: przecież ten przysłówek jest istotą współczesnego przekazu medialnego! Jeśli nie można przedstawić rzeczywistości inteligentnie, sensownie i rzeczowo, to niech przynajmniej będzie fajnie. Fajni dziennikarze powinni produkować jak najwięcej fajnych tekstów dla fajnych czytelników. Niech tym mało wyszukanym słownictwem dowartościowują swoich odbiorców, a obraz świata, który ukazują, niech będzie skrajnie uproszczony, pozbawiony zawiłości i skomplikowanych współzależności. Im więcej tekstów bez znaczenia, tym lepiej.

Internet oferuje dziś w każdej chwili informację na każdy temat, ale nie nadmiar tzw. contentu jest problemem, tylko jego jakość. W głównej mierze mamy tak naprawdę do czynienia z polityczno-plotkarskim spamem, a nie z rzetelnym dziennikarstwem, które nie powinno ograniczać się do informacji o tym, co się wydarzyło, ale również wyjaśniać, dlaczego się wydarzyło, jak się wydarzyło i co zmieni.

Dlaczego poziom wszelkiego przekazu tak bardzo się obniżył? Ponieważ liczącym się finansowo adresatem programów telewizyjnych i hulających w internecie „informacji” stał się człowiek bez gruntownego wykształcenia, a twórcom tej infotainmentowej brei zwyczajnie nie opłaca się inwestować w produkt bardziej wyrafinowany.

Dlaczego o tym wszystkim piszę? Przecież dla człowieka średnio rozgarniętego to żadne odkrycie. To prawda, ale zauważcie, że my tę rzeczywistość możemy sobie bez trudu zanalizować, przyglądając się jej od dobrych kilkunastu lat, a Mistrz Kapuściński wiedział to wszystko, zanim telewizja zdążyła skretynieć, a komputer nie był w powszechnym użyciu.

Tak, proszę Państwa, 43 lata temu Ryszard Kapuściński lapidarnie (jak to w "Lapidariach") opisał cały ten portalowo-infotainmentowy syf, który jest naszym udziałem. To niby-dziennikarstwo, cały ten szajs powielanych i bezmyślnie kompilowanych wieści marnej treści, zwykły polityczno-rozrywkowy spam. Wiadomo, że Kapuściński miał wrodzoną zdolność do gruntownej analizy i profetyczną predylekcję, ale żeby tak w punkt?! Proces spłycania informacji opisał precyzyjnie na początku lat 70.

Mam prośbę: jeśli jeszcze nie czytaliście „Lapidariów”, koniecznie naprawcie ten błąd.