środa, 8 lipca 2015

Ach, ten kotlecik, czyli co zesłał los, trzeba będzie stracić

Michelle Dubois, liderka lokalnego ruchu oporu,
wygłasza niezmiennie tę samą formułkę:
"Słuchajcie uważnie, bo nie będę powtarzać!"
Nie pamiętam, kto opowiadał anegdotę o podróży lotniczej w latach 80. z Warszawy bodaj na Cypr, ale na pewno usłyszałem ją w radiowej Trójce. Zdaje się, że był to Piotr Baron albo Marek Wałkuski (obecny korespondent Polskiego Radia w Waszyngtonie). Na pokładzie samolotu jedyną rozrywką było wtedy obejrzenie jakiegoś filmu na jednym z nielicznych ekranów oraz wysłuchanie paru piosenek puszczanych wedle własnego uznania przez obsługę samolotu. Podczas tego lotu pasażerowie zapoznali się z przebojem Anny Jantar, którego refren brzmiał: "Nic nie może przecież wiecznie trwać! Co zesłał los, trzeba będzie stracić!". Piosenka jak piosenka, ale powtórzona – o dziwo – chyba z pięć razy na pokładzie sypiącego się i trzeszczącego tupolewa musiała budzić niepokój. Wiem, co piszę, bo pod koniec lat 80. podróżowałem tą maszyną z Moskwy do Warszawy i mam porównanie z innymi samolotami. Już nawet Ił-62 w porównaniu z Tu-154M to zupełnie inna bajka, a zestawienie leciwego tupolewa z dowolnym boeingiem czy airbusem to jak porównanie izby wytrzeźwień z Izbą Lordów. Jestem gotów uwierzyć redaktorowi Trójki, że powtórzony parokrotnie utwór Anny Jantar mógł pobudzić wyobraźnię pasażerów, zwłaszcza że w piosence pojawiają się również słowa: "Lęk, głuchy lęk na dnie skryty gdzieś".

Umiejętnie zinterpretowana fraza, podana w odpowiednim rytmie, może sprawić, że jej wymowa staje się mocno sugestywna. Jak chociażby w filmie "Miasto aniołów", w którym Seth (Nicolas Cage) stoi na szczycie wieżowca, by za chwilę runąć w dół, porzucając rolę anioła i przyjmując ludzką postać. Narastające "Święta Mario, Matko Boża, módl się za nami grzesznymi..." robi piorunujące wrażenie i jest to moim zdaniem najbardziej poruszająca scena filmu.

Wielokrotnie powtarzany tekst może potęgować grozę, ale też wprawić dzieciaka w furię. Kiedy nie było mnie jeszcze na świecie, rodzice puszczali na adapterze mojej kilkuletniej siostrze różne bajki, słuchowiska i piosenki (informacja dla młodszych czytelników: w latach 70. nie było fejsa, empetrójek i smartfonów). Jedna z płyt, mocno już wysłużonych przez nieustanne odtwarzanie, w trakcie piosenki Jaremy Stępowskiego zacinała się na fragmencie "Ach, ten kotlecik! Ach, ten kotlecik!". Mała Bożenka wybiegała wtedy z pokoju z płaczem, by natychmiast przestawić igłę na kolejną zwrotkę.

By nie ograniczać się do przykładów dramatycznych, warto zauważyć, że powtarzane zdanie może wywoływać wesołość. W nadawanym w Polsce w latach 90. serialu komediowym "'Allo 'Allo!" Michelle z ruchu oporu konspiracyjnym tonem oznajmiała: "Słuchajcie uważnie, bo nie będę powtarzać!". I choć widzowie serialu doskonale wiedzieli, że wygłosi przyciszonym głosem tę formułkę, za każdym razem wzbudzała uśmiech, a u niektórych nawet rechot.

czwartek, 2 lipca 2015

Andy and Betty are not role models

Andy and Betty are not role models. They're not even human. They're cartoons. Some of things they do would cause a real person to get annoyed, confused, and possibly arrested.

Andy and Betty are not real. They are sketched people completely made up by some guy who stole the Moon.

Andy and Betty are insincere, unpleasant, thoughtless, insular and self-destructive characters. But for some reason they make us laugh.

niedziela, 21 czerwca 2015

"Idź, pocałuj" i "Przytulmy panią", czyli poliglota Kazimierz z zarzutami

Julia Louis-Dreyfus i Tony Hale, czyli wiceprezydent Stanów Zjednoczonych Selina Meyer i jej sufler
Gary Walsh z wizytą w szkole podstawowej w serialu komediowym "Figurantka"
W poprzednim wpisie ponarzekałem na współczesne media, na ich - jak by to ujął nieżyjący już Zbigniew Zapasiewicz - sprostaczenie. Postępujące i metodyczne wręcz zidiocenie. Powoli zbliżam się do czterdziestki, zatem zgodnie z danymi statystycznymi nieodwołalnie wkroczyłem w smugę cienia i postanowiłem, że nie będę marnotrawił czasu na tzw. polityczną bieżączkę w wydaniu krajowym. Oczywiście zaglądam do gazet, obejrzę czasem jakiś program publicystyczny, wysłucham też Zaborskiego czy Michniewicz przepytujących w radiowej Trójce tych pożal się Boże polityków, ale robię to bez szczególnego entuzjazmu. Zresztą coraz częściej wiem, co odpowiedzą, jakich użyją argumentów, a nawet jakiej frazy! Są przewidywalni jak pogoda w Anchorage. Albo w Tallahassee - jak kto woli.

Ostatnia kampania prezydencka wyzwoliła w politycznych liderach, ich sztabowcach oraz mediach relacjonujących całe to polityczne wzmożenie takie pokłady żenady, infantylizmu i bezbrzeżnej pretensjonalności, że aż trudno to komentować. Komorowski spaceruje Nowym Światem z uwieszoną na ramieniu suflerką, zupełnie jak w serialu komediowym "Figurantka" wiceprezydent USA Selina Meyer z Garym Walshem, który podpowiada jej, komu uścisnąć dłoń, kogo przytulić i co powiedzieć. Odnoszę wrażenie, że gdyby scenarzyści serialu zechcieli zaczerpnąć nieco z krynicy mądrości sztabowców Komorowskiego, uznaliby niektóre pomysły za grubą przesadę. Duda przed dowolnym audytorium obiecuje dowolną kwotę na dowolny sektor gospodarki i potulnie wykonuje polecenie szefowej kampanii: "Idź, pocałuj". Sztabowi macherzy właśnie tak wyobrażają sobie świat wielkiej polityki, a podekscytowane media relacjonują tę kiczowatą komedię z uporem godnym lepszej sprawy.

Bronisław Komorowski i jego tajemnicza suflerka
w serialu komediowym "Kampania prezydencka w Polsce 2015"
Jak wspomniałem, nie za często oglądam serwisy informacyjne, z rzadka loguję się na Facebooku, a dział krajowy w gazetach z poczuciem straty czasu czytam pobieżnie, jednak dwa wydarzenia przebiły się do mojej świadomości:
1. Beata Szydło została przez Kaczyńskiego namaszczona na przyszłą panią premier.
2. Kazimierz Greń, szara eminencja Polskiego Związku Piłki Nożnej, trafił w Irlandii do aresztu za nielegalny handel biletami na mecz polskiej reprezentacji.

Zanim media dostrzegły wielki talent organizatorski pani Beaty, dzięki któremu Duda wygrał z Komorowskim, już dawno pisałem, że jest to postać nietuzinkowa. 26 stycznia 2014 roku w tekście "Wszyscy chcą się sprawdzić" przedstawiłem jej sylwetkę:

"Beata Szydło. Wiceprezeska największej partii opozycyjnej zdobyła uznanie swojego przełożonego, kiedy w blasku fleszy i w towarzystwie kamer wszystkich stacji informacyjnych wybrała się z szefem na zakupy do spożywczaka przy ul. Żwirki i Wigury w Warszawie. Nasz Staszek nr 5 pomógł prezesowi wybrać artykuły spożywcze. Kaczyński, uśmiechając się filuternie do reporterów, zapłacił odprasowanym 200-złotowym banknotem i słusznie uznał, że skoro Szydło sprawdziła się jako intendentka, czas na prawdziwe wyzwanie. Została ekspertem ekonomicznym. Latem 2011 roku zażądała od rządu wyjaśnień, dlaczego rośnie inflacja i bezrobocie, a spada PKB. Otrzymała odpowiedź: inflacja i bezrobocie zamiast rosnąć spadają, a PKB zamiast spadać rośnie. Kaczyński nie miał wyjścia – schował swojego asa do rękawa i zakazał pani Beacie debatować z Rostowskim. Kiedy pani Szydło sprawdzała się jako ekspert ekonomiczny już tylko w ograniczonym zakresie, ktoś postanowił sprawdzić jej wiedzę ogólną. Na pytanie, kiedy Polska przystąpiła do Unii Europejskiej, Szydło zbita z tropu zaczęła coś dukać o latach 80., roku 1992 i roku 1993. Wiceprezes największej partii opozycyjnej zgłaszającej aspiracje do przejęcia rządów w 38-milionowym kraju w środku Europy nie ma bladego pojęcia o tym, że do UE przystąpiliśmy w 2004 roku. Zastanawiam się, za rządów którego premiera urzędującego w latach 80. mielibyśmy wstąpić do Unii... Piotra Jaroszewicza? Edwarda Babiucha? Wojciecha Jaruzelskiego? Zbigniewa Messnera? A może Mieczysława Rakowskiego? Zdaje się, że nie było na to szans, bo traktat z Maastricht podpisano dopiero w 1992 roku, a Polska na akces musiała poczekać jeszcze 12 lat".
Beata Szydło wydaje polecenie przyszłemu prezydentowi Polski, by
pocałował żonę (serial komediowy "Kampania prezydencka w Polsce 2015")

Pozostaje pogratulować Kaczyńskiemu tej kandydatury, ponieważ nie ma sobie równych i tego wielkiego talentu po prostu zmarnować nie wolno.

Kazimierz Greń to wzorzec z Sèvres leśnego dziadka PZPN-owskiego. Sprawdził się jako tzw. działacz (bardzo lubię to słowo!) i specjalista od nielegalnego handlu wejściówkami na mecz polskiej reprezentacji. Na tym kończą się jego kompetencje, co nie przeszkodziło mu w objęciu stanowiska dyrektora polskiej reprezentacji piłki nożnej. Parę lat temu Zbigniew Boniek z komentatorem sportowym Mateuszem Borkiem przeprowadzili eksperyment: zaaranżowali telewizyjny wywiad, w którym Borek poprosił Bońka o kilka słów na temat Kazimierza Grenia. Boniek z pełną powagą wymieniał liczne zalety pana Kazimierza, aż w pewnym momencie nie wytrzymał i ogarnęła go taka głupawka, że nie mógł dojść do siebie. Obejrzyjcie sobie, proszę, ten krótki wywiad (w okienku wyszukiwarki wystarczy wpisać: Boniek o Kazimierzu Greniu).
Kazimierz Greń, czyli Fernando Hierro polskiego futbolu

Na koniec propozycja: spróbujcie przez pół minuty przedstawić zalety Szydłowej i zareklamować jej nominację na stanowisko premiera polskiego rządu. To jak, wytrzymacie? Boniek wytrzymał 45 sekund.

Link do rozmowy Mateusza Borka ze Zbigniewem Bońkiem: https://www.youtube.com/watch?v=Lgp7xmB4gV0

sobota, 2 maja 2015

Fajnie poczytać fajne teksty fajnych dziennikarzy

43 lata temu Ryszard Kapuściński przewidział,
że przekaz medialny zostanie zdominowany
przez niby-dziennikarstwo
W 1972 roku, czyli niespełna dekadę przed powstaniem pierwszej całodobowej telewizji informacyjnej i kilkadziesiąt lat przed pojawieniem się portali informacyjnych, Ryszard Kapuściński zanotował w „Lapidariach”:

Wiadomość o gazecie elektronicznej, która błyskawicznie przeniesie informację do każdego domu. Tak, ale problem polega na tym, że procesowi przyspieszenia informacji towarzyszy zjawisko jej spłycenia. Coraz więcej informacji, ale coraz płytszych.
Flash – jest to jednozdaniowa informacja, która poprzedza szczegółowy opis zdarzenia. Ale jeżeli całą informację sprowadzi się do flashów – co zostanie? Potok wiadomości, który będzie tylko ogłuszał, stępiał wrażliwość, usypiał uwagę.

Współczesne media pracują pełną parą, żeby przypodobać się odbiorcom o najniższych potrzebach intelektualnych, a redaktorzy pilnują, żeby w tekstach nie pojawiały się trudne słowa i zbyt skomplikowane wywody. Przeciętny odbiorca, przeglądając pobieżnie portale informacyjne, ulega iluzji, że wie wystarczająco dużo o wszystkim. Więcej: nabiera przekonania, że w ten sposób się edukuje. Media, aby być oglądane, słuchane czy przeglądane, bo o czytaniu ze zrozumieniem tekstów dłuższych niż trzy strony to już w ogóle mowy nie ma, muszą spełniać jeden warunek: powinny wprawiać odbiorców w dobre samopoczucie.

Parę lat temu natknąłem się na felieton, w którym jakiś dziennikarzyna parokrotnie użył wyrazu „fajnie”. Ubogie słownictwo autora wzbudziło zażenowanie, ale po chwili nasunęła się refleksja: przecież ten przysłówek jest istotą współczesnego przekazu medialnego! Jeśli nie można przedstawić rzeczywistości inteligentnie, sensownie i rzeczowo, to niech przynajmniej będzie fajnie. Fajni dziennikarze powinni produkować jak najwięcej fajnych tekstów dla fajnych czytelników. Niech tym mało wyszukanym słownictwem dowartościowują swoich odbiorców, a obraz świata, który ukazują, niech będzie skrajnie uproszczony, pozbawiony zawiłości i skomplikowanych współzależności. Im więcej tekstów bez znaczenia, tym lepiej.

Internet oferuje dziś w każdej chwili informację na każdy temat, ale nie nadmiar tzw. contentu jest problemem, tylko jego jakość. W głównej mierze mamy tak naprawdę do czynienia z polityczno-plotkarskim spamem, a nie z rzetelnym dziennikarstwem, które nie powinno ograniczać się do informacji o tym, co się wydarzyło, ale również wyjaśniać, dlaczego się wydarzyło, jak się wydarzyło i co zmieni.

Dlaczego poziom wszelkiego przekazu tak bardzo się obniżył? Ponieważ liczącym się finansowo adresatem programów telewizyjnych i hulających w internecie „informacji” stał się człowiek bez gruntownego wykształcenia, a twórcom tej infotainmentowej brei zwyczajnie nie opłaca się inwestować w produkt bardziej wyrafinowany.

Dlaczego o tym wszystkim piszę? Przecież dla człowieka średnio rozgarniętego to żadne odkrycie. To prawda, ale zauważcie, że my tę rzeczywistość możemy sobie bez trudu zanalizować, przyglądając się jej od dobrych kilkunastu lat, a Mistrz Kapuściński wiedział to wszystko, zanim telewizja zdążyła skretynieć, a komputer nie był w powszechnym użyciu.

Tak, proszę Państwa, 43 lata temu Ryszard Kapuściński lapidarnie (jak to w "Lapidariach") opisał cały ten portalowo-infotainmentowy syf, który jest naszym udziałem. To niby-dziennikarstwo, cały ten szajs powielanych i bezmyślnie kompilowanych wieści marnej treści, zwykły polityczno-rozrywkowy spam. Wiadomo, że Kapuściński miał wrodzoną zdolność do gruntownej analizy i profetyczną predylekcję, ale żeby tak w punkt?! Proces spłycania informacji opisał precyzyjnie na początku lat 70.

Mam prośbę: jeśli jeszcze nie czytaliście „Lapidariów”, koniecznie naprawcie ten błąd.

piątek, 20 lutego 2015

Księga zdarzeń zawsze otwarta w połowie

Irène Jacob, odtwórczyni głównej roli w filmie „Trzy kolory. Czerwony”
W jednym z ostatnich wywiadów Wojciech Kilar przywołał scenę z pierwszej części „Ojca chrzestnego” Coppoli, w której Michael Corleone wędruje przez opustoszałe sycylijskie miasteczka i wioski, po drodze mija stada kóz i owiec, trafia na ścieżkę, którą podąża grupa kobiet z dziećmi. Jedna z nich, niosąca kosz z kwiatami, natychmiast przyciąga jego uwagę. Jak zahipnotyzowany wpatruje się w nią i nie może wydusić z siebie słowa, a jego towarzysz komentuje tę sytuację: „Chyba trafił pana piorun”.

W latach 50. na schodach katowickiej szkoły muzycznej Kilara również trafił piorun. Zobaczył wtedy początkującą pianistkę Barbarę Pomianowską, która została jego żoną. Przyjaciele rodziny zgodnie twierdzili, że było to małżeństwo doskonałe. A przecież wszystko mogło potoczyć się zupełnie inaczej: mógł tamtędy przechodzić parę minut wcześniej lub później i żaden piorun by go nie trafił. Mógł upuścić teczkę z nutami albo wiązać but. Mógł w ogóle nie zajmować się muzyką, bo jeszcze parę lat wcześniej pasjonował się kinem i teatrem, a pięciolinia go nudziła. Po opuszczeniu Lwowa wcale nie musiał trafić na Śląsk, tylko zostać z matką w Rzeszowie albo Krakowie i nigdy nie spotkać Barbary.

Na pewno nieraz rozważaliście, jak wyglądałoby wasze życie, gdybyście zostali przydzieleni do innej klasy, wybrali inny profil w liceum, inną uczelnię, dostali się na ten, a nie inny kierunek, nie przeprowadzali się do innego miasta, złożyli CV w innej firmie, otrzymali w niej pracę i w efekcie zawarli znajomości, przyjaźnie i związek małżeński z kimś zupełnie innym.

Czasem zastanawiam się, jak potoczyłby się dla nas mundial w 1978 roku, gdyby w meczu z Argentyną karnego strzelał Boniek zamiast Deyny.

Czy bolszewicka rewolucja faktycznie rozpleniłaby się na całą Europę, gdybyśmy przegrali Bitwę Warszawską?

Jeśliby młodziutka stewardesa 9 maja 1987 roku nie spóźniła się do pracy, zapewne zginęłaby w katastrofie lotniczej w Lesie Kabackim. Zadziwiający splot okoliczności sprawił, że nie dotarła na lotnisko na czas. Zadecydował o tym przypadek? Los? Przeznaczenie?

Jest niemal pewne, że gdyby w 2000 roku Jeb Bush nie ingerował w sposób przeliczania spornych głosów na Florydzie, Al Gore zostałby prezydentem i najpewniej nie doszłoby do inwazji na Irak, w której zginęło 21 polskich żołnierzy. Czy taki ciąg przyczynowo-skutkowy jest uprawniony?

Z rolą przypadku w życiu zmierzyli się cybernetycy, logicy, matematycy, filozofowie, poeci i reżyserzy. Uczynił to Kieślowski w filmie „Przypadek” i Szymborska w wierszu „Miłość od pierwszego wejrzenia”. I właśnie ten wiersz w interpretacji Zbigniewa Zamachowskiego, który znalazł się na ścieżce dźwiękowej filmu „Trzy kolory. Czerwony” Kieślowskiego, polecam, gdybyście zechcieli zgłębić istotę przypadku. Ten zaledwie czteroipółminutowy utwór skłoni was do refleksji i pozwoli zaoszczędzić czas, który zmarnowalibyście na zapoznawanie się z teorią systemów, przemyśleniami mądrali Demokryta i Epikura, zasadą przyczynowości czy teorią synchroniczności Junga.

niedziela, 16 listopada 2014

I to by było na tyle

W jak wielkim oderwaniu od rzeczywistości żyją członkowie Państwowej Komisji Wyborczej, możemy się przekonać przy okazji kolejnych wyborów. To znamienite gremium z pełną powagą obwieszcza, że nawet polubienie profilu kandydata i udostępnienie jego zdjęcia w portalu społecznościowym będzie agitacją wyborczą. Dostosuję się do wytycznych PKW i powstrzymam się od nakłaniania bądź zniechęcania do głosowania na poszczególnych kandydatów. To nie jest trudna decyzja, jeśli weźmiemy pod uwagę fakt, że wybory w Polsce od lat przypominają typowanie, czy lepszy jest tyfus, czy może jednak syfilis.
Napiszę krótko, na kogo na pewno nie zagłosuję: bez nazwisk, nazw partii i stowarzyszeń. Nie oddam swojego głosu na ludzi o wątpliwych talentach organizacyjnych i dyskusyjnych dokonaniach w samorządzie terytorialnym. Nie zagłosuję na nieudaczników i leni, którzy z zajmowania intratnych posad w samorządzie uczynili sposób na życie. Nie mogą na mnie liczyć malwersanci, którzy latami okradali swoich pracodawców czy wspólników, a także wyrachowane typy, które dla kilkuset złotych i chęci przypodobania się przełożonemu gotowe są zrujnować czyjeś życie. Wszelkie podobieństwo do osób i zdarzeń jest niezamierzone i zupełnie przypadkowe.
Jak mawiał nieodżałowany profesor mniemanologii stosowanej Jan Tadeusz Stanisławski: i to by było na tyle...

piątek, 12 września 2014

Rybka, Pipka i Żabie Cycki, czyli fiut w górę z ogromnym sutkiem

Wymowa słów „beach” i „bitch” jest niemal identyczna, ale mają zupełnie inne znaczenie
Anglicy wszelką wymianę zdań zaczynają od dyskusji o pogodzie, a kiedy wypiją w pubie kilka piw, analizują budżet rodziny królewskiej.

Rolnicy na dożynkach dyskutują o plonach, dopłatach z Unii Europejskiej i skupie interwencyjnym trzody chlewnej. Po kilku głębszych oceniają walory córki miejscowego sołtysa.

O czym rozmawiają wstawieni pracownicy gazet podczas imprez integracyjnych? Na początku użalają się nad drastycznym spadkiem nakładów, a kiedy za pomocą magicznych płynów wprowadzą się w krainę baśni, wspominają najzabawniejsze wpadki, które ukazały się w druku.

Zabawne dopiski

W trakcie redagowania tekstów redaktorzy i korektorzy po sprawdzeniu błędów ortograficznych, interpunkcyjnych i stylistycznych dopisują do nich rozmaite uwagi techniczne, sugestie i polecenia, na przykład by zweryfikować fakty, daty, miejsca i pisownię nazw własnych. Kiedy wszystko zostanie sprawdzone, te robocze dopiski są przez redaktorów wykreślane. Nie zawsze...
Kilkanaście lat temu w jednej z gazet w rocznicę Cudu nad Wisłą przygotowano podniosły komentarz, który kończył się słowami: „Bez bohaterów 1920 roku nie byłoby dzisiejszej Polski, nie byłoby nas samych”. Jeden z redakcyjnych żartownisiów na próbnym wydruku dopisał: „I dlatego w tym dniu wielkiego czynu i wielkiej chwały pochylam się nad Wisłą i popijam z niej wodę”. Był przekonany, że redaktor odpowiedzialny za wydanie zorientuje się, że to żart. Nie zorientował się i wzmianka o degustacji rzeki ujrzała światło dzienne.
W pewnej krakowskiej redakcji również przetestowano czujność oraz poczucie humoru kolegów. W tabeli z notowaniami kursów walut ktoś zmienił nazwy kantorów i ich adresy. Był przekonany, że koleżeństwo się uśmieje i żartobliwe zmiany w tekście poprawi. Niestety, zaktualizowano tylko kursy walut, a nazajutrz krakowianie zapoznali się z nowymi nazwami kantorów: Żabka, Babka, Wycior, Bucior, Rybka i Pipka, które mieściły się przy ulicach Wałowej, Wołowej, Górala, Nosala i Żabie Cycki.

Fiut w górę i wybitny cyklista

W jednym z tygodników ukazała się krótka informacja o nieznacznej podwyżce ceny czasopisma, zatytułowana „Ciut w górę”. Pewien redakcyjny dowcipniś zmienił tytuł na „Fiut w górę” i zapomniał o swoim wybornym żarcie. Naprawdę niewiele zabrakło, by w druku ukazała się wersja z „fiutem”. W tej samej redakcji już po zamknięciu numeru i podczas wysyłania plików do drukarni ogłoszeniodawca wybłagał, by zamieszczono jeszcze jeden nekrolog. W ekspresowym tempie usunięto tekst, inny skrócono i nekrolog się ukazał. Tylko czujne oko grafika wyłapało dwie literówki. Ostatnie pożegnanie brzmiało tak: „Z ogromnym sutkiem żegnamy długoletniego współpracownika, wspaniałego i życzliwego człowieka (...) Rodzinie i Najniższym składamy wyrazy głębokiego i szczerego współczucia”. Dobrze, że najbliżsi pożegnali zmarłego ze smutkiem, a nie najniżsi z sutkiem...
W innej gazecie ukazał się nekrolog wybitnego profesora prawa, cywilisty. Grono znamienitych naukowców godnie pożegnało kolegę, niestety zamiast „wybitnego cywilisty” w gazecie pojawiło się „wybitnego cyklisty”...
Pod koniec lat 90. Opel reklamował swoje samochody hasłem: „Omega, Vectra, Astra, Corsa – dwuwpłatowce”. Była to zamierzona gra słów. Dwuwpłatowiec, czyli dwie wpłaty: 50 proc. należności uiszczano przy odbiorze samochodu, a drugą połowę za rok. Nadgorliwy grafik komputerowy wychwycił literówkę i przerobił gotową reklamę. Nazajutrz w gazecie ukazała się oferta Opla z dwupłatowcami.

Zboczony kapitan

Relację z wyjazdowego meczu Cracovii (grającej w tradycyjnych pasiastych koszulkach) z Unią Oświęcim niefortunnie zatytułowano „Pasiaki przegrały w Oświęcimiu”. Równie niestosownie wyglądał tytuł „Na górce śmierci stoją szkielety huśtawek”. To oczywiste, że dobry tytuł powinien czytelnika zaintrygować i skłonić do lektury tekstu, warto jednak zachować uważność i zdrowy rozsądek. Na Pomorzu ukazał się kiedyś tekst zatytułowany „Zboczenie kapitana”. Żądni sensacji czytelnicy zapewne poczuli się zawiedzeni, bo artykuł opisywał zboczenie z kursu promu na skutek nawigacyjnego błędu kapitana.

Do historii dziennikarstwa przechodzą nie tylko gafy i literówki w tytułach. Równie urocze i godne zapamiętania bywają sprostowania:
Wczoraj – 31 maja 1995 r. – ukazało się w Waszym Piśmie moje zdjęcie z okazji jubileuszu 50-lecia pracy artystycznej, który miał miejsce 29 maja 1995 r. Za jego zamieszczenie bardzo dziękuję, jednocześnie pragnę zwrócić uwagę, że podpis pod zdjęciem dezorientuje czytelników w kilku punktach, które należy wyjaśnić. Podpis brzmi: »Od lewej Wojciech Pawłowski (mąż Jubilatki), Alina Janowska, Zofia Kucówna, Igor Śmiałowski«, a prawda wygląda tak:
1. to nie mąż, ale brat
2. a brat to nie Pawłowski, tylko Janowski, nie Jerzy, lecz Witold
3. a Pawłowski to nie Wojciech, tylko Jerzy
4. a mężem jest Ireny Pawłowskiej
5. a mąż Janowskiej to Zabłocki właśnie Wojciech i nie siedzi (obok Jubilatki) ani w ogóle nie siedział, bo on nie umie na miejscu usiedzieć”.

Matiz w ciąży, religijny kankan, powstrzymana ekstaza i nieznany papież

O tym, że literówka może zmienić wymowę tekstu, świadczą poniższe przykłady (większość w ostatniej chwili poprawiono, ale niektóre poszły w świat):

Kilka osób nie dotarło na eliminacyjne przesłuchania. Wył w tej grupie również mieszkaniec Przemyśla, który chciał wzbogacić konkurs o pierwiastek lwowski.
Mieszkaniec Przemyśla z pewnością nie wył.

W Stodołach pod budynkiem państwa Piechów, w którym w 1948 roku przebywał młody ksiądz Karol Wojtyła, odprawiono nabożeństwo majowe. Jego cicia pracowała w tutejszej szkole.
Wojtyła miał w Rybniku ciocię.

Raport policji: 8 maja około godz. 20 w Rybniku przy ul. Jagiełły zatrzymano dwóch mężczyzn z Rybnika, którzy poili innego rybniczanina.
Chodziło o pobicie, nie pojenie.

3 maja po mszy świętej w intencji Ojczyzny wiązanki kwitów zostaną złożone pod pomnikiem na górce św. Wawrzyńca.
Politycy zbierają na siebie kwity, ale pod pomnikiem złożono prawdopodobnie kwiaty.

20 czerwca tłumy słuchaczy w domu kultury zgromadziła XIII edycja Festiwalu Piosenki Religijnej „Kankan”.
Festiwal nazywał się Kanaan.

Reklama: Centrum maszyn do szycia informuje, że w dniach 23 i 34 maja odbędzie się prezentacja maszyn szyjących.
Maj liczy zaledwie 31 dni.

Transport żyrafy z ostrawskiego do wrocławskiego zoo sprawiał wiele problemów, ponieważ zwierzę zawadzało o tramwajowe trakcje eklektyczne.
Oczywiście miało być: elektryczne.

Funkcjonariusze zatrzymali pięciu handlarzy, którzy rozprowadzali amfetaminę i ekstazę.
Chodziło o ecstasy, po którym prawdopodobnie następuje ekstaza.

Na co dzień olimpijczyk z Nagano trenuje pod okiem trenerki Marzeny Mazur w sekcji terenowej Wirus.
Tak naprawdę sekcja nazywa się Wiarus.

Wypowiedź maturzysty: – Mówiłem o Holocauście. Moja prezentacja wywołała nastrój zadymy i refleksji. Właśnie to chciałem osiągnąć.
Maturzysta miał na myśli zadumę.

Reklama: Obsługa kosy fiskalnej.
Nie wymyślono takiego urządzenia.

Najcięższych obrażeń doznała 41-letnia kobieta, która kierowała matizem, który jest w piątym miesiącu ciąży.
Matizy, lanosy i tico nie zachodzą w ciążę.

Sport: sok przez konia.
Nie ma takiej dyscypliny sportowej.

Krzyżówka świąteczna: syn Fredry i Tezeusza.
Fredro miał żonę Zofię i syna Jana, a Tezeusz miał syna z Fedrą.

Reklama: Kredyty dla odmiotów gospodarczych.
Odmiot to po staropolsku odrzucenie, odmowa; kredyty są dla podmiotów.

Dyskusyjny Klub Filmowy: film pt. „Lody dwóch Żydów”.
Oczywiście chodziło o losy.

Choć po tej akcji szczypiornistki MKS-u wyszły na czteropunktowe prowadzenie, rywalki się nie pooddawały.
Tego akurat nie wiemy, bo mogły się pooddawać po meczu. Na pewno nie poddawały się zawodniczkom MKS-u.

Podpis pod zdjęciem: Zdzisław Grodecki, prezes Jastrzębskiego Węgla, i Paweł Abramow podpisują kontratak wiążący Rosjanina z polskim klubem.
Zanim Abramow zaprezentował kontratak, musiał najpierw podpisać kontrakt.

W radiu nikomu nie przyjdzie do głowy, by „Błękitną rapsodię” mógł zaśpiewać na falach eteru ktoś inny niż Freddie Mercury.
Freddie Mercury mógł zaśpiewać „Bohemian Rhapsody”. „Błękitna rapsodia” to kompozycja na fortepian i orkiestrę George'a Gershwina.

Ogłoszenie drobne: Zatrudnię stolarza panią, która zamieszka z osobą wymagającą opieki.
Miało być: starszą panią.

A może lepiej wziąć sobie na wstrzymanie i odpocząć kilka tygodni od żużla, uspokoić skołatane nerwy i czasowo przerzucić się na przykład na bierki lub Chińczyka?
Chińczyk to obywatel Chińskiej Republiki Ludowej. Autorowi zapewne chodziło o chińczyka, grę planszową.

Ogłoszenie drobne: Ford Ka, kolor serdeczny metalik.
Miało być: srebrny.

Postanowiliśmy zaciągnąć języka w tej sprawie w kuratorium – mówi Elfryda Bielaszka, naczelnik wydziału edukacji w urzędzie miasta.
Można zaciągnąć hamulec ręczny oraz zasięgnąć języka.

Grupa francuskich licealistów wraz z dziewięcioma opiekunami zwiedziła już Warszawę, Lublin i Wilno. Młodzi Francuzi podczas spotkania z przedstawicielami władz miasta przekazali im 1,5 euro.
W rzeczywistości przekazali 1,5 tys. euro.

Pielęgniarki już trzecią dobę strajkują w obronie palcówki.
Tak naprawdę strajkowały w obronie placówki.

Ogłoszenie drobne: Oszukujemy pracowników.
Zamiast: poszukujemy.

Strażacy o pożarze zostali powiadomieni o 3.43. Paliło się mieszkanie na trzecim piętrze. Na miejsce przyjechały dwa zastępy gaśnicze oraz wóz drabiniasty.
Wóz drabiniasty to furmanka do transportu siana i snopów zboża.

W tekście o listonoszach: dręczyciel.
Miał być: doręczyciel.

Spółdzielnia Mieszkaniowa „Marcel” ogłosiła przetarg na dzierżawę lokalu przy ul. Jana Pawła II/6.
Nierozwiązana zagadka historii Kościoła: kim był Jan Paweł II/6...?

Zapasy: W kat. 5 kg zwyciężył Piotr Kneć.
Zabrakło jednej piątki. Miało być: 55 kg.

Znakomitym gościem Rud Wielkich był król Jan III Sobieski. Zawitał tu w sierpniu 1863 roku, kiedy zmierzał z odsieczą Wiedniowi.
W 1863 roku wybuchło powstanie styczniowe. Jan III Sobieski gościł na Raciborszczyźnie dwa wieki wcześniej, w 1683 roku.

Ogłoszenie drobne: Masarz chiński kręgosłupa, masarz hawajski.
Masarz zajmuje się wyrobem wędlin. Chodziło o masaż.

Bartosz Błoński był jedynym reprezentantem Śląska na Światowych Igrzyskach Olimpiad Anormalnych w japońskim Nagano.
Anormalny jest chyba autor tego tekstu.

Spółdzielnia Mieszkaniowa „Ormowiec” ogłasza przetarg.
Powinien być: Orłowiec.

Ponadto zaśpiewała Schola Cantorum Sariensis pod dyrekcją Ewy Dyrdy z parafii pw. Apostołów Flipa i Jakuba.
Apostołowie nazywali się Filip i Jakub. Flip był kompanem Flapa i żył znacznie później.

Kościół pw. św. Antoniego Paderewskiego.
Paderewski miał na pierwsze Ignacy, na drugie Jan i był premierem, ministrem, pianistą, kompozytorem, działaczem niepodległościowym, profesorem w konserwatorium, kawalerem Orderu Orła Białego, Orderu Imperium Brytyjskiego oraz francuskiej Legii Honorowej, ale na pewno nie był świętym. Kościół był pod wezwaniem św. Antoniego Padewskiego.

Henryk Fiegler pod ziemię zjechał, gdy miał siedem lat i – jak twierdzi – tam zaraził się bakcylem.
Prawidłowy związek frazeologiczny to: połknąć bakcyla.

Policjanci zatrzymali 38-letniego kierowcę małego fiata, który miał we krwi 3,6 promila alkoholu. Do jego zatrzymania przyczynił się inny kierowca, który jechał ok. 10 kilometrów za maluchem i widział wariacje malucha.

Tu, nieopodal jeszcze do niedawna istniejącej kopalni, ciągle pracującej koksowni, a także tysięcy opalanych miejscowym złotem palenisk domowych, żyją ludzie-matuzalemy. Jakby owe pyły i dymy ich się nie imały, jakby sławetny przedwojenny materiał uodpornił się na trujące wyziewy.

11 maja w Ozimku odbyły się ogólnopolskie zawody mażoretek – młodych, zgrabnych i pięknych dziewcząt, lekko i zwinnie żonglujących laseczką.
W trzech ostatnich fragmentach nie ma literówek. Nigdy nie ukazały się w druku, ale uznałem, że warto je opublikować ze względu na barwny język i wybitne walory stylistyczne.